"Janusz" mówi sobie - "dość!"

Przykładu Tadka Błażusiaka nie przytoczyłem kiedy był czas, bo byłem "nieblogujący". Za to dosłownie minuty temu na portalu żużlowym (który obserwuję regularnie) doczytałem się, że jeden z tych ludzi, których najbardziej cenię w biznesie motocyklowym, kończy karierę.

Joonas Kylmakorpi


W składzie Motoru nie widniał jako gwiazda i nie udzielał się przez dekady. Ale takich zawodników jak On po prostu się pamięta. To był tzw. "walczak". A to słowo w żużlu elektryzuje każdego kibica! Najczęściej przeciętne wyjście spod taśmy i "trzęsienie ziemi" na dystansie. Wiedzą o czym mówię tylko ci, którzy znają tą dyscyplinę sportu. Moją ukochaną!


Skończyłem.
Podczas jednego z grudniowych treningów brałem udział w straszliwym wypadku, którego skutkiem było złamanie kości udowej. Przeszedłem dwie operacje, które nie przyniosły satysfakcjonujących rezultatów. Ja, wraz ze światowej klasy personelem medycznym zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Mimo to, kończę jednak karierę. Podjąłem tę decyzję ze spokojem. Jestem dumny ze swoich osiągnięć, czuję, że spełniłem swoje cele. Jestem pierwszym w historii wyścigów na długim torze zawodnikiem, który zgarnął cztery tytuły Indywidualnych Mistrzostw Świata! Ścigałem się w wielu zawodach, na całym świecie. Mam siedem medali mistrzostw świata, startowałem w Grand Prix, ścigałem się w najlepszych ligach świata. Nigdy nie marzyłem o wygrywaniu, ciężko na to pracowałem! Z biegiem lat nauczyłem się radzić sobie z bólem i wiem, że głowa jest zmotywowana, ale ciało mówi "nie". To koniec.

Chciałbym podziękować swojej rodzinie, przyjaciołom, fanom, sponsorom i wszystkim tym, którzy pomogli mi podczas mojej kariery. Wasze wsparcie było bezcenne. Jestem podekscytowany poszukiwaniem nowych wyzwań w życiu.


Ostatnie zdanie w jego poście na Fejsbuku pozwolę sobie lużno zinterpretować sam -
"Dajesz radę albo wypierdalasz."

Otagowany

Wrzuciłem sobie na kask i do kluczyków lubelskiego koziołka. W ogóle jakbym mógł, to cały bym się oblepił Lublinem ;). To chyba taka cecha emigrantów, że na obczyźnie ich patriotyczny pierwiastek po prostu eksploduje :). Coś w tym jest...

Gdzieś w środku to też moja chęć bezpretensjonalnego wtrącenia, że będąc w "zagłębiu polonijnym" wschodniego wybrzeża Stanów, niekoniecznie muszę być z gór, spod Białegostoku czy "z samej Łomży". Jam jest Lubelak!!! Człowiek z krainy cebularza! :D





Wiejski Sprzęt Kaskaderski - żaden wstyd... albo w mordę dam!!!

W taki jak w tytule sposób, próbowałem jednego razu bronić honoru rodzimej motoryzacji przed rodzimym napastnikiem. Zaczęło się od tego, że siedząc lat temu pewnie ze dwadzieścia, w modnej i lubianej przez rockowo-motocyklową młodzież lubelskiej knajpie Koyot, "otworzyłem gębę do niepotrzebnej osoby" (czyt. niepotrzebnie otworzyłem gębę do pewnej osoby).
Chociaż tak naprawdę to z "Niepotrzebnym" (dłuższy czas znając się z widzenia) już wcześniej mieliśmy chęc do siebie zagadać w słusznych sprawach. Mijaliśmy się gdzieś na paradach, na zjazdach w środku miasta, itp.

Ramoneski nas do siebie przyciągały, sprzęty -choć w innych kategoriach- też, a więc skoro już zasiedliśmy koło siebie w knajpie, to innego wyjścia nie było, niż zagaić. I zagailiśmy do siebie wręcz równocześnie, entuzjastycznym śmiechem kwitując ten fakt.
Wypadało wypić za zdrowie na początku, więc wypili. Wypadało zapytać co słychać, więc zapytali. Wypadało przejść do motocyklowych gadek, więc przeszli. I nim na dobre rozkręciła się ta przyjacielska rozmowa, zaczęli podwijać rękawy ;P.

Poszło o to, że ja przytaczając historię początków mojej motocyklowej pasji, wtrąciłem wątek o Wueskach, czyli sprzętach w "wykwintnych" gronach niepoważanych. Jeździło się przecież na wszystkim, zawsze biorąc to za dobrą monetę. No i sentyment pozostał do dziś... Obśmiał mnie za to Niepotrzebny a ja obśmiałem jego skurwiałą "trajkę na maluchu". Dodam tylko, że jak widziałem te jebane terkoczące szczątki, to żygać mi się chciało!

-MOTOCYKLISTA, kurwa jego mać, co mu śrubokręty i druty z każdej kieszeni wystają!-

Do narzędzi, broń Panie Boże, nie mam nic! Jedynie do jego podejścia do fachu mechanika, bo ochlaptus ledwo dawał radę łyżką do gęby trafić a uważał się za Kogoś... i to swoje "coś" za "COŚ"... Miałem jednak wcześniej moralne hamulce i udawałem, że te jego wypociny są cool, że kciuk w górę, sratatata... Dziś czuję się niezręcznie za to głupie współczucie dla tego osrołka... Ale jebał go pies, nie o nim chciałem...

-------------

Tak, zdecydowanie mam sentyment do tych komunistycznych "pierdopędów". Dziś już przecież zabytków! Dlatego wieść o reaktywacji WSK wzbudziła moją ciekawość i... obawy niczym u Kasi Kowalskiej.
Oto film, który przysłał mi Glaca:


No i ćóż my tutaj mamy? :)
Trochę takiego nawijania makaronu na uszy, jak na dzień dzisiejszy, bo...

- "jest inwestor, są pieniadze" - uwierzę jak podadzą dane na temat kapitału spółki
- "trwają badania badawczo - rozwojowe" - ... i żadnych konkretów :(
- "bazą jest prototyp motocykla, który nigdy nie wszedł do produkcji" - jeśli będą się cofać do prototypów z połowy lat '80 to szkoda się za to zabierać (ich miejsce powinno być w muzeum). No chyba, że chodzi jedynie o sięgnięcie po ideę zbudowania niedrogiego motocykla dla mas ale nadążąjącego za dzisiejszymi normami technicznymi - jestem za!
- "w planach 125 i 1000 ccm" - ulala, tysiąc ze znaczkiem WSK? - czad! :)

Plany ambitne, nie da się ukryć. Historia przytacza jednak przykłady wielkich słów, które lśnią do tej pory jedynie na (od lat nie aktualizowanych) stronach internetowych.

Weźmy chociażby takiego tuza jak "Sokół" - >kliknij<
Poza prototypem, który gdzieś tam pokazali, nie zdziałali nic na szeroką skalę... Szkoda, bo pięknie to się prezentowało na zdjęciach i grafikach...

Nowy Sokół - w ramie jakby WL-ka
ale całości nie można odmówić własnego sznytu




Inne ofiary prób "wskrzeszania" starych lub "dawania życia" nowym projektom znad Wisły? ...Nowa WFMFSO Maraton...

Nowa WFM... Nowa???
FSO Maraton - pocieszny, kolorowy brzydal ;)


... i prawdziwa wisienka na torcie - JJ2S X4 500 (co za nazwa!)



Tu już nie w kij dmuchał! Zaawansowana technologia i przełomowe rozwiazania techniczne!
Polecam dokładnie przewertować stronę internetową tego projektu! >kliknij<



-------------

Chcąc przytoczyć przypadki, kiedy reaktywacja faktycznie się udała i po dziś dzień możemy cieszyć się jej efektami, trzeba by zamilknąć... Albo wymienić Rometa i Junaka, które są takim trochę krzywym zwierciadłem dla własnej legendy. Dlaczego? Ponieważ są to produkcje chińskie, jedynie montowane w Polsce i sygnowane znakiem firmowym tych znanych z przeszłości, krajowych marek. Czy to źle? Oczywiście, że nie! Choć faktem jest, że trochę szkoda tracić cenny rodowód w takim chińsko-polskim "związku"... Patrząc jednak na "potomstwo" ja osobiście jestem usatysfakcjonowany. Nawet jeśli tylko w myśl zasady - "jak się nie ma co się lubi..."

Junak może nie ma tego rozmachu co jego pierwowzór z lat '60 ale już Romet całkiem płynnie wszedł w nowy rozdział tej marki.

Junak M16 - wstydu nie ma
Romet Classic 400 -
podróbka Yamahy SR 400. Udana!

Podobają mi się ich strony internetowe - nowoczesne, stale aktualizowane i z odpowiednią zawartością graficzno-merytoryczną. Aż miło je odwiedzić :). I poczuć gęsią skórkę widząc charakterystyczne loga na zbiornikach tych całkiem rozsądnych (w tej sytuacji ekonomicznej) "cykli". Mając oczywiście z tyłu głowy myśl o powrocie produkcji w Polsce. Póki jeszcze nie zginęła!