Podróżować z głową :)

Wybierając się w teren nie mógłbym się obyć bez nawigacji satelitarnej. Lubię wiedzieć gdzie jestem i gdzie mam szansę dotrzeć. W przeszłości używałem urządzenia Garmin Vista HCx. Dopóty, dopóki sam go nie uśmierciłem :]. Praktycznie z konieczności zacząłem korzystać z telefonu na platformie Java bo taki był pod ręką. Z pomocą przyszedł program TrekBuddy. Jest to naprawdę przydatna aplikacja, mająca zadziwiająco dużo funkcji. Nie jest to typowa nawigacja z kalkulacją trasy. Wszystko opiera się na wyznaczeniu pozycji po czym, w oparciu o odczyt naszego położenia geograficznego, możemy obrać właściwy kurs. Jest możliwość zapisu śladu przebytej trasy jak i wyświetlenia śladów archiwalnych aby wg nich poruszać się w terenie. Niezbędnym dodatkiem do tego zestawu jest kompas. Najzwyklejszy magnetyczny, nie elektroniczny. Po prostu zwykła tarcza zatopiona w wodzie przemawia do mnie najbardziej ;). Jak w skrócie to wszystko wygląda? Banalnie! Ładujemy odpowiednią warstwę mapy z atlasu i czekamy aż sprzęt złapie fixa. Jeśli mamy kontakt z wymaganą ilością satelitów w prawym górnym rogu ekranu zaświeci się zielona kontrolka. Automatycznie krzyż nawigacji pokaże nam pozycję w której aktualnie się znajdujemy. Domyślnie w ustawieniach programu zaznaczona jest opcja "azymut względem północy" co oznacza, że mapa zawsze będzie się wyświetlać północą do góry ekranu. I o to chodzi, tak jest najwygodniej. Jeżeli nasz cel jest np. na wschód od miejsca w którym jesteśmy, wystarczy zerknąć na kompas, obrać kierunek "E" i w drogę! Nie ma szans na pomyłkę, chyba, że odczyt wskazań kompasu przerośnie nawigatora ;P. I najważniejsze - mamy możliwość, za pomocą odpowiedniego oprogramowania (Mobile Atlas Creator), stworzyć mapy np. z serwisu Google Maps. Czyli "do wyboru, do koloru" - mapę terenową, mapę drogową i mapę satelitarną. Czegóż można chcieć więcej? Garniak Vista nie obsługiwał takich map. Jednak w najnowszej linii outdoorowców tej firmy dodano funkcję "Custom Maps", która to właśnie umożliwia.
Używając Visty nie raz krążyłem w kółko bo niestety kierunek jazdy tenże odbiornik pokazuje bardzo niemrawo. Tzn. trzeba być w ruchu, żeby móc odczytać w którą stronę podążamy. Na postoju nie ma szans ustalić w jakim kierunku jesteśmy zwróceni. W dodatku wtedy GPS lubi sobie "pływać" co skutecznie utrudnia orientację. Tego problemu nie ma, jeśli działam wg opisanej wyżej metody z TrekBuddy. Zaoszczędzam czas, paliwo i własne nerwy. W dodatku jestem w stanie zrobić większy przebieg :). A o to przecież walczę :).
Nie będę się rozpisywać na tematy techniczne dotyczące telefonu, zewnętrznego odbiornika GPS (jeśli aparat telefoniczny nie posiada wbudowanego) czy samego oprogramowania. Jeśli ktokolwiek uzna moją metodę za słuszną bez problemu znajdzie na sieci szczegóły. Powodzenia!


kompletny zestaw "Trekarza"
P.S. Zapomniałbym! Prawdziwym minusem mojego zestawu jest wodoodporność. A raczej jej brak :/. To dlatego, mimo wszystko, wkrótce "przesiądę się" na Garmin Oregon 450. Tam będzie obsługa Custom Maps, wodoodporność i porządny elektroniczny kompas trzyosiowy. Tefalon z Trekiem oraz busola będą jednak na podorędziu, w camelbaku. Zawsze, bo je polubiłem :).

Mechaniczna pomarańcza

Uwielbiam ten motocykl! Udało mi się wyrwać go w dobrej cenie jako tzw. leftover czyli rocznik wychodzący. Przyjechał do mnie ze stanu Illinois, zahaczając po drodze o Kalifornię ;P. Serio, to nie żart! Gość, któremu zleciłem ściągnięcie sprzęta do NJ miał fantazję. Trzeba mu było zarobić na transporcie łodzi to myknął sobie z moim moto jakby nigdy nic na drugie wybrzeże. A ja kudły ze łba rwałem bo nie wiedziałem co się dzieje. Cwaniaczek nie odbierał telefonu i nie odpisywał na emaile. Po kilkunastu dniach jednak mój KTM dotarł do mnie i przeszły mi fochy. Było zajebiście, to przecież mój pierwszy fabrycznie nowy sprzęcior! Okazało się, że zamysł przejścia na 250 cm3 był strzałem w dziesiątkę. Motocykl lekki, pięknie zwrotny i żwawy tak jak można sobie tego życzyć. Jeśli jeszcze będzie chciał jeździć bezawaryjnie następny sezon to wystawię mu pomnik, hehe. Wpakowałem w niego trochę grosza, nie powiem. Ale były to inwestycje w akcesoria a nie w serwis :). Nie wymagał wiele jeśli chodzi o części. Zmieniłem tylko klocki hamulcowe na tyle. Poza tym regularnie olej i filtr, co 3 jazdy. No i po każdym śmiganiu czyszczenie filtra powietrza, smarowanie łańcucha oraz ruchomych części moto, które wyglądały na potrzebujące tego zabiegu. No i oczywiście dokładne mycie bo należę do tego niewielkiego procenta populacji endurowców co wychodzi z założenia, że sprzęt musi być osrany na jeździe ale czysty w garażu. Teraz czeka mnie regulacja luzów zaworowych i zrobię to w najbliższym czasie. Dołożę jeszcze nówki gumy, zestaw zębatki + łańcuch, zmienię rączki na kierze i zamontuję akcesoryjne dźwignie sprzęgła i przedniego hamulca. Dokupiłem takie zmyślne dziwadło - Sunline V1 MDX. Kumpel je ma i już zdążyło zaprezentować swoje możliwości na plus :).
Zatem zakasuję rękawy, zakładam onuce, walonki i lecę do garażu na obrządek ;P. Jak nie dziś to jutro... Albo pojutrze ;P.

before
after

Fakty z przeszłości cz. 2

Parcie na jazdę miałem kosmiczne. Ale przecież nie wyjadę na ogródek :/. Nikt ze znajomych nie kumał klimatu więc nie było punktu zaczepienia. Temat stanął w miejscu :(. No ale od czego jest Google? Wyszperałem forum na którym znalazłem ludzi co zostawiają odcisk gumowej kostki w błocie! I w dodatku są z mojej dzielnicy! Polacy! Skorzystałem z ich pomocy (dzięki chłopaki!) i teoretycznie mogłem zaczynać ceremonię. Ale co się okazało? Jazda jest ale typowo unergroundowa. Zresztą w każdym cywilizowanym kraju po "zielonym" nie jeździ się ot tak. Tym bardziej, jeśli to "zielone" to prywatna posesja :/. A w mojej okolicy, mocno zurbanizowanej, ziemi niczyjej nie użyczy :[. Jedyne wyjście to dymać półtorej godziny na południe NJ żeby pośmigać na piachach (również prywatnych) albo trzy godziny do Pennsylvanii na kopalnie. Jest też jeszcze upstate NY i ekstrem w tamtejszych górach ale też drogi trzeba nałożyc niemało. Wydało mi się to nonsensem ale... Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma :]. Trzeci sezon gonię siwka co dwa tygodnie w trasę i się cieszę. Weszło mi to w krew i chwalę to sobie. Ostatnio śmigaliśmy w składzie trzyosobowym i mam nadzieję, że w nadchodzącym sezonie też będziemy. Tymczasem trzeba myśleć coby godnie przygotować się do jazdy na wiosnę :). Ale to już przyszłość ;).

P.S. Przez grzeczność względem byłego sprzęta chciałbym jeszcze przybliżyć sylwetkę mojego pierwszego "czteropaka", następcy Huski. Był to starszawy EXC 400, który w moich rękach odzyskał perfekcyjną kondycję. Sinikowo bomba, na zawieszenie narzekałem i dlatego poszedł dalej. Szacun dla niego!

Fakty z przeszłości cz. 1

Zacząłem od motorynki najlepszego kumpla. Z czasem dosiadałem większych sprzętów ale zawsze były to konstrukcje wiekowe, technicznie kulawe a w dodatku nie moje. Jakieś simsonki, wueski, eshaelki, emzetki. Wśród tych szaraków (naprawdę je cenię i cenić będę!) pojawiła się jednak perełka, moja własna CZ Cross 125/516! Bardzo miło to wspominam, wtedy posmakowałem jazdy terenowej, choć tak naprawdę to terenu do prawdziwego offroadowego pomykania u moich dziadków pod Lublinem było raczej jak na lekarstwo. Tak czy inaczej, jazda crossówką zażarła tak jak powinna i dziś widać tego efekty ;).
Za to moim pierwszym japońskim, szosowym sprzętem była Honda Shadow 500 z połowy lat 80. Na niej, wraz z żoną (wtedy moją dziewczyną) byliśmy na zlocie w Giżycku. Fajne klimaty, masę wspomnień :).
Po Hondzie, która została sprzedana bo przypilił brak kasy, nastąpiła nieznośnie długa przerwa. Trwało to parę ładnych lat aż wreszcie, za oceanem, ryjąc nosem w obcej ziemi, dorobiłem się wyczekiwanego cacka. Nie całkiem świadomie się to potoczyło, bo przez przypadek znalazłem fajną ofertę na eBayu. Nieśmiało napomknąłem o tym szanownej małżonce i o dziwo szlaban się otworzył :). Cztery godziny jazdy do Delaware i już ładuję na pakę Husqvarnę CR 125 z 2004 roku. Sprzedawca, dziadek z aparatem słuchowym, jakiś stary fan offroadu, chyba zrobił wtopę z zakupem tego moto. Pojeździł nim (jak sam powiedział) ze trzy godziny i dał sobie spokój. Faktycznie, Huska wyglądała na nówkę a po jeździe próbnej nabrałem pewności, że właśnie szykuje się największy come back od czasów wskrzeszenia Łazarza ;P.
Mój come back do motocykli!
Kiedy jednak minął okres fascynacji nową zabawką, czyli po jakichś paru dniach łażenia wokół niej w garażu, pojawiło się pytanie. Gdzie ja będę tym jeździć???
I tu zaczęły się schody...
c.d.n.

Na początek...

Kilka zdań o mnie. Mam na imię Radek, pochodzę z Lublina. Obecnie przebywam w Stanach Zjednoczonych, mieszkam tu z rodziną. Mam wyjechane na punkcie motocykli a uczepiłem się dyscypliny zwanej Enduro. A że jestem również mocno uzależniony od internetu, postanowiłem połączyć oba te zagadnienia i stworzyć serwis o tematyce motocyklowej. Stanęło na blogu i jestem z tego zadowolony, na chwilę obecną jest to najwygodniejsze dla mnie rozwiązanie.
Skupię się przede wszystkim na relacjach z moich wypadów w teren i dłubaniu przy sprzęcie. Nie obędzie się też bez wątków pobocznych, wszakże to blog a w jego charakterze jest publikowanie opowieści dziwnej treści oraz rozprawek o dupie Maryni.

Strona ta rodzi się z mojego czysto egoistycznego pożądania, lecz jeśli zdarzy się, że pokrzepię tym choć jedno obce serce, będę niezmiernie usatysfakcjonowany :).

Pozdrawiam i zapraszam :).

me, myself and I ;)