Enduro Riders Christmas Party

"Tomorrow (Friday , Dec 23) come by or stop by at our Garage for Enduro Riders Christmas Party . It will start at 7 PM." - tak brzmiała treść depeszy, którą otrzymałem z centrali. Spoko, brzmiało fajnie, z tym, że o 7PM na tygodniu to ja zapierniczam w robocie. Kończę o północy więc wychodziło na to że nie zaszaleję. Padły jednak zapewnienia, że o tak młodej porze imprezka na bank będzie jeszcze tętnić życiem.
Poszło nawet lepiej niż zakładałem bo godzinę wcześniej wyrwałem się do chaty.
Po północy, zrobiony na bóstwo, byłem gotów na gorące rytmy Jingle Bells :).

 Ściemy nie było, jak wysiadłem z auta to dach z garażu chciało zedrzeć od gromkiego, pijackiego "sto lat". Baransky dzień wcześniej postarzał się nam o rok, było zatem za co wypić na "dzień dobry", czy raczej "dobry wieczór" ;P.
 Zaskoczony byłem, że zjawiło się tyle wiary, razem wszystkiego z piętnastu chłopa + suka ;P. Ostatnio nie za często widujemy się w tym składzie dlatego miło było obcałować stare gęby. No i musiałem wziąć się za siebie żeby dojść resztę bo byłem na zupełnie innej fali :).

 Ogólnie szafa grała, pogadało się o tym co każdy porabia, jakie ma plany, co z jazdą w przyszłym sezonie. A wszystko to w asyście uścisków, komplementów i nieskrępowanego poczęstunku :). Jak święta to święta :).

jest dobrze bo to impreza a nie pogrzeb!
... a kto z nami nie wypije?
dwanaście potraw z garażowego menu
enduro niggas
polonijne rodeo
mamo, to jaaaa
peace

 Z dziennikarskiego obowiazku muszę dodać, że mimo wszechobecnej pozytywnej aury, wdarł się pospolity incydent. Mianowicie odbyły się zamieszki. Najpierw między Baboonem a suką Józka, potem między Józkiem a Baboonem a na końcu między psem i jego panem ;P.
Fotografie w kolejności chronologicznej:


... Kolędowanie zakończyliśmy bliżej rana :).

Hibernia - Back to roots... and ROCKS!!!

Tiaaaa, trochę czasu minęło od ostatniej wizyty na Hibernii. Dla mnie nazwa tej miejscowości jest dziwnie elektryzująca. Nie dość, że brzmi jakoś tak nieziemsko to na dodatek tu właśnie pierwszy raz jeździłem offroad w Stanach. Od tego miejsca wszystko się zaczęło dlatego można powiedzieć, że prawie z rozrzewnieniem wspominam tamte czasy, zajebiste czasy.
 Już kiedyś pisałem o tym na blogu. Na początku szukanie ludzi, łapanie kontaktów, pierwsze zapytania na enduronj.com, telefoniczne konsultacje z Baransky'm :). I jakoś to wszystko się rozkręciło. Inna sprawa, że wraz z ogólnoświatowym kryzysem gospodarczym nastał kryzys na jazdę w tym doborowym towarzystwie ale to oddzielny temat na dedykowany temu post. A będzie przecież okazja bo zbliża się koniec roku i czas na podsumowania, nawet sięgające dalej niż okresu mijającego sezonu. Jeśli zbierze sie odpowiednia ilość fajnego materiału to spróbuję usmażyć coś retrospektywnego :).

 Nawet nie brałem tego miejsca pod uwagę jak ustalaliśmy gdzie pojechać w niedzielę. I kiedy padło hasło "Hibernia" to aż gały mi się zaświeciły :).
 Wiedzieliśmy gdzie na pewno nie pojedziemy - w okolice rezerwuarów. Po paru nieszczęśliwych incydentach, które przydażyły się tam riderom zaczęło się patrolowanie tego terenu przez mundurowych.
 Zajechaliśmy na małą stację paliw przy RT 23 i mimo, że gość od dystrybutora miał lekko kwaśną minę zostawiliśmy auto za budynkami jego bossa :).

 Jadąc szlakiem miałem wrażenie, że byłem tu wczoraj. Nic nie mogło mnie zaskoczyć bo o dziwo wszystko zachowało mi się w bani mimo, że (jak wspomniałem) nie było nas tu ze dwa lata albo i dłużej. Utwierdziłem się również w tym, że tu naprawdę trudno jest śmigać szybciej niż truchcikiem. Idzie się nieźle zamotać na tych kamienistych podjazdach i zboczach kurewsko przechlapanych do zjeżdżania. Ale to jest przecież to co duże dzieci lubią najbardziej ;P.

 Dotarliśmy do pierwszego "view", porobiliśmy trochę zdjęć i pogadaliśmy. I widzieliśmy orła cień bo dumnie latał nad urwiskiem... Kompletny chill out :).
 Tak sobie staliśmy aż doszedł nas znajomy terkot dużego czteropaka. Za moment pojawiło się dwóch kolesi na Katoomach. Nie było innej możliwości niż taka, że Baran od razu uderza z nimi w gadkę :). Potwierdzili tylko nasze stanowisko co do obszaru na którym można pomykać. Byli gdzieś z okolic, o konkretach nie zagajaliśmy.

 Drugi przystanek był przy "power lines", tylko na chwilę. Ruszyliśmy w stronę "mega podjazdu". Przypomniałem sobie moje mordęgi z ostatniego razu. Wtedy oczywiście poległem i wiedziałem, że tym razem też łatwo nie będzie. Nie myliłem się wiele bo męczyliśmy go po parę razy. Baransky wydarł dosyć daleko i nie chciałem być w tyle. Któraś z kolei moja próba wreszcie się powiodła. Nie to, że wjechaliśmy na sam szczyt, o nie. Wg mnie byliśmy gdzieś w 2/3 długości dziwki. Skończyłem w niezbyt dobrym ale pewnie widowiskowym stylu, "parkując" chaotycznie między drzewami. Powiedziałem "dość". Dalej były takie kamole, że odechciewało się wszystkiego.
 Zjechaliśmy też w pocie czoła, wszędzie był dywanik z liści i szansa trafienia na "niespodziankę" była całkiem spora.

 Teraz przyszedł czas na następne atrakcje z tego samego wora. Jadąc wcześniej w odwrotnym kierunku mieliśmy niewygodny zjazd. Zagadka z logiki - co nas czekało w drodze powrotnej??? Zgadza się! Niewygodny podjazd :). Błażusiak pewnie wyśmiałby taką popierdółkę ale dla nas ta misja ocierała się o "impossible" ;P. Trochę się kopałem między tymi skałkami, moto leżało parę razy. Już był "plan B" żeby zjechać z tej kurewskiej rynny i na około minąć to lasem. Poszedłem zatem na łatwiznę i tylko na tym straciłem. Niewiele brakowało i przedarłbym się na skróty ale wydarło mi spod dupy sprzęta i pierdolnął z impetem o glebę. Wybrał sobie takie miejsce, że pięknie przypakował dekielkiem statora w pokaźny kamień. No i kaplica, z silnika polał się olej a z moich pięknych oczu łzy :(. Sakiewka znów się odwróci na lewą stronę, stówka nie moja (choć Baransky groził, że może być trzy razy więcej, ufff).
 Ostatnio nie było chyba jazdy żeby coś się nie zesrało, ki ch*j?! Adam wrócił najkrótszą drogą do auta a ja usadowiłem się na skraju lasku. Trochę pochodziłem, odlałem się, popatrzyłem na tabliczki na drzewach z "no trespassingiem", przypaliłem głupa przed spacerowiczami i przyjechała odsiecz :). Nawet nie rozbieraliśmy się z ciuchów bo były czyste jak przed jazdą. Po prostu ziemia była tak zmarznięta, żebyło szans się ubabrać :).

 Krótki dystans ale wysiłek momentami spory, respekt dla tego terenu z mojej strony będzie zawsze...

Ta jazda była takim swoistym powrotem do korzeni... i KAMIENI!!! :)

zwarci i gotowi
żony zostały w domu więc...
pierwsze "view"
jeszcze krok i wieczna wolność ;P
pojedynek na megapiksele :D
nasze cichodajki ;P
analiza sytuacji
fajnie ktoś se mieszka... dopóki woda nie wejdzie mu do gościnnego :]
power lines
... jam jest Baransky
"mega podjazd" - to co pokonałem (na zdjęciu połowa)
things to do ;)
stonka w tarapatach
brzydka mina do złej gry ;P
Baran niczym kometa z błękitnym ogonem :)
ouch!!!
Baransky na kłopoty ma zawsze środek złoty ;)
a ten se leży i się śmieje...
czekałem i fotografowałem
biednemu endurzyście zawsze wiater w oczy, tfu!!!

P.S. Z ostatniej chwili!!! Tuż przed zamknięciem "numeru" otrzymałem cenny materiał dokumentujący rozwój sytuacji po wizycie na Hibernii. Sam zainteresowany całkiem trafnie zatytuował go "Reksio".
 Konkluzja - baby aby wywrzeć wrażenie używają cienia do powiek. Gladiatorzy takie sztuczki mają w dupie. Im wystarczy, że wetkną sobie kij w oko :D.

Reksio



Enduro Barboorka na Klarze

Gdzie najbardziej pasowałoby pojeździć w imieniny Barbary? Proste - na kopalni :). Nawet jeśli tereny Reading Anthracite to tylko umownie kopalnia :).

 Zebrała się na tę okoliczność zajebista paka. Siedmiu chłopa z trzech wsi - Garfield, Linden i Chatham.
 Pojechałem z rana po Glacę, potem wpakowaliśmy się do Maxowego "Kurorta" i ruszyliśmy na St Clair.

 Zaczęliśmy po dziesiątej, temperatura była akuratna choć rozruszać się było trudniej niż w lecie. Po jedenastej zadzwonił Józek że są już na parkingu więc wróciliśmy z lasu im na powitanie ;P.
 Nowa (dla mnie) twarz to Andrzej z czarnym jak smoła zakapiorem. Mówię oczywiście o jego motorze, Katoomie 505. Od razu dopadły mnie wątpliwości ale ugryzłem się w język, nie chciałem zapeszać. Przecież jak ktoś naprawdę dobrze śmiga to i crossowej półlitrówce da radę w trudnym terenie... Nie ujechaliśmy daleko i trzeba było sobie powiedzieć wprost. Jędrek z "połówką" zostaną tam gdzie zastali szlaban a reszta ruszy dalej. Widać, że chłop ma papiery na jazdę, potrzeba mu tylko... No właśnie, wg mnie są trzy możliwości:
 - będzie się starać i wreszcie da radę
- będzie się starać
- na pewno da radę jeśli kupi enduraka

 Dzięki mojej uprzejmości (jeśli wiedzą co chcę powiedzieć ), jeszcze przed powrotem na parking znaleźliśmy fajną ścieżkę, będącą pewnie pozostałością po zawodach, które lubią się odbyć na tych terenach. Tym samym była ona pierwszym etapem wspólnej jazdy po tym jak wydarliśmy już w pełnym składzie. 
 Na "dobry początek" Józek gubi GPSa. Mnie krew by zalała i wrył bym się w ziemię żeby go znaleźć. Nie wiem co on se tam pomyślł ale gestem nie znoszącym sprzeciwu nakazał kontynuację. Gorycz mnie przeszyła ale cóż, pojechaliśmy...
 

 Od startu starałem się coś nakręcić, zrobić coś z nowej kamerki. Dałem dupy tyle samo co i ona. Nie warto było spuszczać się i zapisywać początku bo wtedy wszystko idzie jak po grudzie. Szkoda miejsca na karcie i szkoda... BATERII... Co za chujoza z tym akumulatorkiem GoPro!!! Jeszcze nie zdążyłem pojąć jak efektywnie wykorzystywać jego wątpliwą żywotność. To jest k... jakiś koszmar... Nie wiadomo czy trzymać go na "standby" czy wyłączać, żeby oszczędzać energię. Jak zostawię na czuwaniu to źre prąd i zaraz pada. Jak wyłączę to nie zdążę spowrotem włączyć jak będę chciał coś fajnego uchwycić! Co za gówno!  I tym gównem muszę się tłumaczyć z tego, że nie nakręciłem najciekawszych scen dnia, chociażby jak Tomcio z Józkiem zapierniczają wheelie :/. Co się odwlecze to nie uciecze, z czasem dojdę jak operować "prosiakiem" żeby było dobrze.

 Niby jakiegoś planu minimum na ten dzień nie było ale zajawka na loopa z zawodów w Tamaqua się pojawiła. Można było tam dotrzeć dawną drogą ale jaki w tym sens? Tych "autostrad" mam po dziurkę w dupie i dlatego trochę na przekór dawnemu śladowi robiłem skoki w bok. Deczko żeśmy na tym stracili jeśli chodzi o czas ale zyskali jeśli brać pod uwagę rozpoznanie w terenie.

 Zrobiliśmy stopa przy jakimś sklepiku na zadupiu ale jegomość boss zaznaczył, że igramy z cierpliwością lokalnych szych. Sąsiednia działka to posiadłość jakiegoś pana policjanta, który na pewno nie byłby nam przychylny. Gęba sama mi się skrzywiła bo pojąłem, że przed chwilą naruszyliśmy mu "dywanik" na obejściu. Dlatego nie ryzykowaliśmy, ile było trzeba pojechaliśmy dalej po asfalcie i przy pierwszej okazji odbiliśmy znów w krzaki :).

  Loopa nie udało się zrobić, zostawiliśmy to na następny raz. Nie było sensu bo czas był zaawansowany a do samochodów wystarczająco dużo drogi. Wyliczyliśmy, że powinniśmy dotrzeć tam zanim się ściemni.

 Przejechaliśmy "starą" RT 209 jak zawsze i jak zawsze kierowaliśmy się w stronę "power lines" (traktów linii elektrycznej). Jakieś pół godziny i bylibyśmy na miejscu. W międzyczasie jednak nastał fakt, który poukładał wszystko do góry dupą :). Józek zboczył na bardzo wymagający kamienny szlak. Stałem wtedy na obniżeniu i widziałem jak brnie. Wiedziałem co nas czeka ale co miałem zrobić? Wysłać mu fax??? Przeżegnałem się i ruszyłem za sznureczkiem straceńców.
 Nastąpiło to co musiało nastąpić. Totalna bezradność w obliczu żywiołu jakim jest ten szlak. Nie wiem ile to trwało. Leciały ch... a zarazem podziw dla Józka, że przedarł się przez to jak wariat i jest już gdzieś gdzie my chcielibyśmy być.
 Męczyliśmy bułę bo nie było wyjścia. Noc się zrobiła, Joseph słał smsy, że na nas czeka a tu końca nie widać. Jakoś wreszcie wyszliśmy na prostą. Powerline'ami toczyliśmy się już do celu.
 Światło miałem takie, że karbidówka z Harleya rocznik 1918 biła by je na głowę. A miało być tak pięknie bo zamówiłem se przecież przeżarówkę z przekatalogu :/. Decyzja zapadła - biorę LEDa na kask i ciul, nie ma dziadowania!

 Wracając jeszcze do teatrzyku z drogi powrotnej - na podjeździe co można by go w telewizorze pokazywać Tomcio spalił sprzęgło. Historia lubi się powtarzać dlatego znowu było holowanko :). Beduina podpięliśmy do Huski Jacksona i w atmosferze zrozumienia dotarliśmy do samochodów :).

 Glaca stracił tylne światło i pokiereszował błotnik. Max postradał osłonki manetek. Józek zgubił GPSa. Tomcio jak wyżej. Jackson podobno narzekał, że naruszył żebra. Straty zatem były, nie da się ukryć. Idę jednak o obcięcie własnej końcówki, że każdemu się podobało :).
 Ciąg dalszy na pewno nastąpi. Nastąpi połączenie zjednoczonych sił! Nastąpi reaktywacja! Nastąpi trzęsienie ziemi!!! Szykują się dobre jazdy, ja Wam to mówię! The Boys Are Back In Town!!!

P.S. I na pewno następnym razem nie odpuścimy sobie boczusia na ciepło, I promise ;P.

Max kręci Glacę

gdzieś koło 11 o'clock
wygląda jakby srak mi naptał ale to tylko błoto :)
przystanek
siedmiu krasnoludków tylko, że pięciu ;P
Tomcio - autoportret
urocze zakątki zadupia
"boczek checkpoint"
dożywianie, ciąg dalszy
podróż za jeden uśmiech (Glacy)

mój pierwszy klip z GoPro HD2

"Prosiak" siada na tronie

No i po zabiegu, trochę bolesnym bo kosztownym ;). Przedwczoraj łyknąłem Go Pro HD 2, to wisiało w powietrzu.
 Mimo, że filmy z mojego Contoura wydawały się w sumie całkiem ok (minusy przytaczałem wcześniej) to przyszła pora zostawić u "żyda" parę złotych. Wziąłem wersję "Outdoor" (jedynie taka była dostępna w BestBuy) bo wydała się jednak lepszym rozwiązaniem niż "Motorsport". Różnią się tylko częścią mocowań jakie są dostarczane w zestawach. Bardziej przyda mi się np. "uprząż" na głowę (chociażby jeśli chciałbym nakręcić jakieś przebitki idąc pieszo albo jadąc na rowerze) niż przyssawka do mocowania na samochodzie. W przyszłości, tzn. pewnie wczesną wiosną, dokupię jeszcze zestaw Wi-Fi BacPac z pilotem, to będzie dobry bajer. Nie trzeba wtedy gmerać przy samym GoPro żeby aktywować nagrywanie lub inne funkcje, wystarczy kliknąć w bezprzewodowy cyferblat :).

 Z opisu nowej wersji rekordera wynika, ze jest mocno usprawniony względem poprzednika. Na pierwszy rzut oka materiał wideo zyskał lepszą klarowność a zdjęcia wyglądaja sporo lepiej niż te z poprzedniego Hero. Patrząc na oba sprzęty widać, że nie różnią się wiele. Gdyby nie napis "Hero 2" na nowszej ciężko byłoby je rozpoznać.

 Mam już pierwsze próbne nagrania ale nie ma sensu ich puszczać do ludzi, jak będzie konkretny materiał to zrobi się jakąś perełkę, żeby wstydu nie było :).

HD2 Outdoor Edition

Koszmary nocne

Obudziłem się w niedzielę dosyć późno. Z ciężkim łbem ale postanowiłem jednak pojechać do Maybrook. Sam bo nie było wyboru. Można powiedzieć - klasyczne już niedogadanie w składzie 250%. Szkoda, plany na sezon były zupełnie inne...

 Z ciekawości zadzwoniłem do Borowika bo miał jechać z bandą gdzieś w okolice Delano. Spodziewałem się, że będą już w Pennsylvanii ale nawet nie wyjechali spod chałupy, dopiero pakowali manatki. Dołączyłem więc do nich i ruszyliśmy mega późno w pięciu - Borowik, Józek, Tomek, Jackson i ja.

 Zaczęliśmy dokładnie o 11:23, chyba jeszcze nigdy nie byłem tak do tyłu z czasem :). To chytry plan Józka bo zakupił zestaw świecidełek do swojego powozu i chciał to wypróbować jak się ściemni... i wypróbował ale o tym zaraz.

 Rozbiliśmy obóz na bocznej ulicy w Hazletonie, w miejscu, które polecił chłopakom przy jakiejś okazji cop. Było dosyć chłodno i mój gaźnikowiec rozgrzewał się bardzo długo. Ubrałem kurtkę Acerbisa, nie jeździłem w niej wieki. Ocaliła mi dupę :).

 Na pierwszy ogień poszła węglowa hałda. Te jebane hałdy kocham jak Irlandię, więc wjechałem na górę, cyknąłem foto i na dół. Raz mi wystarczył.

pierwsza góra

  Zaplanowaliśmy wizytę na stacji benzynowej po zaopatrzenie. Generalnie zupełnie irracjonalnie bo można było to zrobić jadąc RT 80. Temat do przemyślenia na przyszłość...
 Po drodze zahaczamy o następny węgiel i łapiemy pierwszy defekt - Jackson pali bezpiecznik. Wymieniamy go podziwiając stromiznę góry na którą nikt jakoś nie ma ochoty wjeżdżać, choć podobno widziano lokalnego, który wskoczył na sam szczyt.

w realu ten widok chłodzi gorące głowy
z tego leja też ciężko byłoby się wydrapać
samopomoc chłopska

Wreszcie docieramy do stacji i każdy kupuje swoje. Jakiś mały serwisik w międzyczasie :). Nie wziąłem plecaka bo już wogóle zatarłbym się w tym całym rynsztunku. Żarcie i wodę wpakowałem do tylnej kieszeni kurtki, dobre rozwiązanie.

"brejk'

Teraz nawrót i w stronę... drugiej stacji benzynowej. Na zupę i zatankować moto :). Takie trochę kręcenie się jak smród po gaciach bo generalnie przez pierwszą część jazdy nie zaznaliśmy fajnego terenu. Jednakże zapowiedzi dotyczące atrakcji dnia były wielce zachęcające - zaczarowany single track znaleziony wcześniej przez Józka. A że single lubimy niezmiennie, pałaliśmy optymizmem jak się należy :).

bufet jaki jest każdy widzi :)

Pojedli, popili, to... i pojechali ;P. Może jakieś pół godziny i zaczęła się obiecana ścieżka. A z nią sen endurowca - ciasno, kamieniście i błotniście. Opadłe liście i opadłe kłody. Miodzio! Tempo, jak to na singlu, harescramblowe. Z moim zdrowiem emeryta gnam za wariatami całkiem dobrze. Są jakieś wpadki, nieporozumienia i napięcie. Znaczy wszystko na swoim miejscu :).
 Jackson prawie gubi blachę spod silnika, sprawę ratują opaski zaciskowe.
Lecimy ładnie - pięknie aż do upadku Borowika. Niewykluczone, że właśnie wtedy gdzieś do instalacji przedziera się wilgoć i Husaberg odpuszcza sobie dalszą jazdę. Zaczyna się ściemniać a my w głębokiej dupie i spalone wszystkie zapasowe bezpieczniki. Chujnia...

zgon Berga :[

Pośród tego całego rozgoryczenia Józek napawa się światłością jaką sobie sprawił ;P. W nagrodę za promienny uśmiech dostaje zadanie strategiczne. Będzie holować Borowika do auta. Po nocy, w ciasnym i śliskim lesie...

człowiek z lampą na głowie
(nikt go nie poratuje, nikt mu nic nie powie)
może i tego nie widać ale zaczyna się holowanie
tu już rozkręcona akcja

Borowik co chwilę padał, na trudniejszych odcinkach musiał schodzić z motocykla bo nie szło go wyciągnąć pod górki. Nie miał łatwo bo dokuczała mu kontuzja nogi. Dopiero kiedy puściły przeszkody zaczęliśmy jechać w tempie. Czapki z głów przed tym duetem, zrobili to po mistrzowsku!

 Całe to zamieszanie doprowadziliśmy do szczęśliwego finału. W pewnym momencie rozdzieliliśmy się. Trzech pogoniło do samochodu a ja z Borowikiem przyczailiśmy się ze sprzętami pod wiaduktem przy RT 81.
 Czekaliśmy na nich długo. Na tyle długo, że nogi nam prawie odjęło z zimna. Nocne dwóch Polaków spod mostu rozmowy ślimaczyły się złośliwie. Wreszcie dotarli do nas. Zapakowaliśmy graty na trucka, przebraliśmy się i ogluceni ale szczęśliwi wsiedliśmy do cieplutkiego "Dodżyka". I wio w stronę dzielnicy!
Nie omieszkaliśmy jeszcze po drodze wrzucić czegoś na ruszt bo nas ssało...

W domu byłem równo o północy... I powiem jedno - zajebiście się bawiłem!

Prawdziwi endurzyści

Wydłużyła mi się przerwa w jeździe. Miesiąc wakacji w kraju plus miesiąc (prawie) dziwnych splotów okoliczności zepchnęły mnie na out. Pozbierałem się wczoraj i z Maxem wybraliśmy się rozpoznać pozostałą część Maybrook, NY.
 Wspomniany kiedyś wcześniej Grek nie wdawał się w targowanie, przyjął od nas po dychaczu i mieliśmy spokój, auta zaparkowaliśmy tam gdzie zwykle.

 Namiary na konkretne wejście w teren były. W rzeczywistości nie zawsze da się jednak zastosować rady typu "tam skręć w lewo, potem w prawo" bo to jest offroad. Tu wszystko wygląda podobnie i jadąc człowiek nie zawsze obierze właściwy kurs.
 Już początek wydawał się mglisty bo nie było zrytej ziemi co nas trochę zdziwiło. Za chwilę jednak trafiliśmy na ślad i pogoniliśmy świetnym singlem w las.
 Sporo powalonych drzew dawało frajdę bo o ile nie były to zawalidrogi to dało się je przeskoczyć i dalej, do następnej przeszkody :). Trochę błota i korzeni też się znalazło więc było przy czym się uwijać :).

 Pierwsza część okazała się właśnie taka jak to sobie wyobrażaliśmy. Na co innego trafiliśmy po kilkunastu minutach jazdy.
 Przekraczając asfaltową drogę wjechaliśmy na teren lasu państwowego i choć wszystko wyglądało tak jak wcześniej to pojawiły się oznakowania tras rowerowych. Jedyne co mogliśmy zrobić to uciekać w bok bo główne dukty krzyżowały się ze ścieżkami wyjeżdżonymi przez dirtbikes.
 Założenie było takie żeby nie kręcić sie w kółko, tylko wbić się jak najdalej i poznać wartościowe odcinki, wyłowić te typowo motocyklowe.
 Raz tylko minęliśmy dwóch cyklistów ale biorąc pod uwagę, że byliśmy na ich terytorium to zaserwowaliśmy grzeczne "dziękuję, przepraszam, do widzenia" co załatwiło sprawę.

 Gdzieś koło południa dobrze lunęło, praktycznie jak wodospad. Wtedy już ślizgaliśmy się jak na lodzie, szczególnie najeżdżając na duże płaskie blaty kamienne na górkach. Raz przednie koło uśliznęło mi się na takiej niespodziance i elegancko pocałowałem glebę. Na szczęście bez konsekwencji :).

 Zwierzyna też dopisała. Na postoju wybrałem się sprawdzić skrzynkę Geocache i niewiele brakowało a wpakowałbym się na węża. Leżał gość przy krzakach i łypał na mnie spode łba. Nie wyglądał na takiego co by się poddał bez walki dlatego wycofałem się bez dyskusji.

niełatwo go wypatrzyć na tle roślinności

Natomiast na następnym przystanku przypałętał się żółw. I to nie byle jaki bo żółw - morderca! Uświadomił mnie o tym Max i odradził zabierać go córce bo podobno ten zawodnik potrafi szczękami łamać kości. No dziękuję w takim razie za takiego domowego pupila :/.

wygląda niewinnie ale brutal z niego nie gorszy niż ukraiński mafioso ;P

Zrobiłem też fotki ciekawego miejsca. Co prawda zdjęcia nie oddadzą tego efektu ale można mi wierzyć na słowo ;P.
 Poziom bagna był wyżej niż grunt na którym stałem. Dziwnie to wyglądało, kiedy "lustro" tego bajora miałem gdzieś w okolicy kolan.


Max przejeżdżając tutaj przez dosyć wysoką trawę zapierniczył w ukryty, wielki głaz. Nie wywrócił się ale oberwał solidnie. W bucie poddał się metalowy nosek, który odgiął się i utrudniał jazdę. Za każdym razem zaczepiał o coś i pachniało glebą bo mógł ściągnąć Maxa z moto. Wystarczyło okopać parę drzew, tudzież kamieni i było w miarę ok.

 Pojeździliśmy dobrze ale znak zapytania pozostał. Stanęło na tym, że następnym razem będziemy się kręcić tylko do granicy z parkiem rowerowym i tam szukać czegoś ciekawego.
 Trzeba też podpytać kolesi co wcześniej spotykali tam miejscowych i od nich dostali namiary na trasy.

Fajnie było znów pohulać mimo paru niedogodności :).

bagienne klimaty ;P - Max

Bo prawdziwi endurzyści nie jedzą miodu! Prawdziwi endurzyści żują pszczoły!!!
I jeżdżą ścieżkami dla rowerzystów!!! hehehehe...