Prawie udany update

Pracowity to był dzień. Trochę sam, trochę z Barańskim dobierałem się do zamontowania sterty rzeczy, które zalegały w szafce a nabyłem je żeby usprawnić to i owo w jeździdle. I wszystko szło nawet w miarę po myśli, choć według moich obliczeń czas jaki musiałbym spędzić na te wszystkie operacje mógłby być niewystarczający, żeby między garażowym grzebaniem a jutrzejszą jazdą zmrużyć oko. Na warsztat poszła seria części pompy oleju (koła, wałek i obudowa z oringiem), wiatrak pompy wody, automatyczny napinacz łańcucha, kit likwidujący odpowietrznik kierujący nadmiar oleju do gaźnika, eliminator termostatu, osłona tylnej tarczy hamulcowej oraz przednia opona. Z tego wszystkiego udało mi się zrobić tylko dwie pierwsze rzeczy a siedziałem nad tym pół dnia i trochę wieczora.
Wszystko popsuła sprawa ze sprzęgłem. Okazało się, że zesrał się master cylinder. Po prostu ani nie zasysał ani nie tłoczył płynu hamulcowego. On od samego początku był wadliwy bo pamiętam, że raz już awaryjnie odpowietrzaliśmy układ, i to z niemałymi kłopotami. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, przynajmniej wiem czemu moje sprzęgło działało tak chujowo. Ból natomiast jest taki, że jutro to se mogę najwyżej kursorem po Google Maps pojeździć...

P.S. Efektem ubocznym mojego mechanikowania jest totalny chlew w garażu. Takiej Sodomy to tam chyba jeszcze nie było. Trzeba podciągać nogawki bo jest oleju po kostki, narzędziami usłana jest każda wolna przestrzeń a odpadki organiczne i nieorganiczne zaczynają się już rozmnażać. Baranowi skoczyło ciśnienie jak to zobaczył :D.  Ale... przewróciło się, niech leży... <tańczę>

serwis w pozycji "do zbierania ryżu"
ulepszona pokrywka pompy olejowej
aluminiowe koła zębate zamiast plastikowych
dwa razy większy wiatrak pompy wody

Na niepogodę

Nie wiecie przypadkiem co u Knightera?

Mała podpowiedź - to co tutaj, jest już mocno nieaktualne...


Obiło mi się o uszy, że David wykombinował coś, czego niewielu się spodziewało. Ale to dobrze. Zamieszanie czasami jest wskazane bo przeciwdziała nudzie i krzyżuje plany hazardzistom :).
Druga refleksja jest taka, że po strąceniu go z piedestału światowego czempionatu, David poszukuje środka, żeby móc zrobić wielki come back. Będzie mu bardzo ciężko biorąc pod uwagę, że jego "kat" dysponuje wyborną formą, a sukcesy jakie osiąga tworzą obraz jego niepodważalnej pozycji na arenie endurocross. Mowa oczywiście o niejakim Tadeuszu B. na którego też czyha wiele pułapek. Jeśli scenariusz z jego dominacją zacznie się powtarzać co sezon to (chociaż z całego serca mu tego nie życzę) może Tadka spotkać niemiła sytuacja zwana efektem "bij mistrza". Doświadczyło tego wielu wybitnych sportowców (w tym David Knight) a ich kariery zdegradowane zostały do miana największych wpadek... Ale nie o tym przecież mieliśmy...

Knighter ma pomysł. Obserwujmy i kibicujmy temu utalentowanemu motocykliście. Niech dowiedzie, że nie powiedział ostatniego słowa. Zacieram ręce na sezon 2013, może być ciekawie :).

A co Wy na to, że >David pojedzie na czerwono<?

Polskie manuale od KTM!

To nie żart, pomarańczowi zrobili ukłon w stronę polskiego użytkownika i wydali w wersji elektronicznej manuale w naszym języku. Co ciekawe, tłumaczone (nie do końca perfekcyjnie) są też materiały dla modeli z rynku amerykańskiego a to już ociera się o sensację ;P. Do tej pory z powodzeniem posługiwałem się tym co było, czyli anglojęzycznymi oryginałami ale fakt wydania tychże w innych wersjach jest wielkim plusem dla firmy. Brawo!

>Link do strony z instrukcjami<

Nie wiem kiedy zostało to uploadowane i może się okazać, że dla niektórych nie jest to żadna nowość... Wszystko jedno, taki gest należy pochwalić :).


dobre, dobre ;P
teraz i "skośni" mają wygodę

Gollob w SuperEnduro?


Szykuje się coś naprawdę niespodziewanego i ciekawego. W łódzkiej odsłonie FIM SuperEnduro Championship 2013 wystartuje prawdopodobnie Tomasz Gollob! Myślę, że jest to nazwisko znane nie tylko w środowisku sportów motorowych, niemniej przypomnę, że mówimy o Indywidualnym Mistrzu Świata na Żużlu z roku 2010. Postać tyle ceniona co nieodgadniona, przy tym zawodnik z wielkim bagażem osiągnięć. Mimo wszystko chęć zmierzenia się z takimi sławami offroadu jak Doug Lampkin, Jonny Walker czy wreszcie z naszym asem eksportowym Tadkiem Błażusiakiem jest dosyć zaskakująca, nawet biorąc pod uwagę to, że nasz bohater zapowiada potraktować to na luzie i dla zabawy. Jestem ciekaw czy będzie to regularne uczestnictwo czy zrobi kilka okrążeń jako gość specjalny, dla publiki i sponsorów ;). W każdym razie patrząc na materiał wideo jaki znalazłem w sieci, sądzę, że będzie to rodzaj przetarcia, nauki i możliwości doświadczenia w tego typu zawodach, żeby ewentualnie w przyszłości móc pościgać się w tej dyscyplinie na serio.
Na początek nie będzie mu łatwo. Wygląda na to, że ma zamiar wystartować na tej Hondziance po paru jazdach na kamieniu, gdzie jak sam powiedział, jest praktycznie pierwszy raz. No ale cóż, wygrać nie wygrać, poszaleć można :). Takim znowu kompletnym nowicjuszem Tomek przecież nie jest. W młodości z powodzeniem ścigał się w Mistrzostwach Polski Motocross, dlatego znając jego charakter i wrodzone predyspozycje spodziewać się można, że łatwo skóry nie sprzeda, a jak będzie zobaczymy:).
Gollob powinien wystartować choćby z jednego ważnego powodu - mógłby przy okazji ambicjonalnie podejść Tadka i namówić go na parę rundek na żużlówce! Oj działoby się, oj działo!

Zaświtało jeszcze w mojej głowie fantasty, że może team Tomasza przy okazji wizyty w Kalifornii pofatygowałby się na wschodnie wybrzeże? Jest tu parę (co prawda popierdółek ale jednak) żużlowych owali więc może... Będę żyć tą nadzieją ;P.










zdjęcia Paweł Wilczyński, źródło espeedway.pl

---------------------------------------------
AKTUALIZACJA 21 listopada:
Garść nowych faktów wprost z serwisu espeedway.pl:

"Tomasz Gollob w piątek odbył debiutanckim treningu w SuperEnduro. Zawodnik eSpeedway Team nie przebierał w słowach oglądając tor, z którym miał się zmierzyć. Żużlowego mistrza świata na trening do Łodzi zaprosił Andrzej Andrzejak, organizujący zawody cyklu FIM SuperEnduro World Championship, które 8 grudnia odbędą się w Atlas Arenie.

Gollob ma w nich wystąpić w biegu pokazowym. – A koledzy z crossu tak dziwnie się śmiali, kiedy powiedziałem, że zamierzam podjąć to wyzwanie. Zaproponowałem, że zabiorę ich ze sobą. Nie chcieli. „Jedź sobie", mówili kpiącym głosem. Teraz już wiem, o co im chodziło – kręcił głową Tomasz Gollob.

– Ale nie uciekniesz? – dopytywał Andrzejak. – Aż taki płochliwy to ja nie jestem – odparł Tomek Gollob i zaczął kopać butem w jedną z dwóch prostokątnych wanien z blachy. To tak zwana trumna. I największy problem dla Tomasza Golloba – ze względu na nisko umieszczone elementy motocykla, w tym silnik. – Na motocyklu zbudowanym z identycznych części wygrywa się mistrzostwa Europy w crossie. Do tej zabawy może nie wystarczyć. Nie będę jednak pożyczał sprzętu, bo najlepiej czuję się na swoim. Na innym mógłbym sobie zrobić krzywdę – zaznaczył. Zanim z busa wyjął swoją Yamahę, naciągnął długie, czarne skarpety z logo Monstera, założył ochraniacze i włożył kolorowy trykot z numerem 140 i herbem Stali Gorzów. – Zapomniałem nałokietników, ale będę ostrożny. Przede mną Grand Prix i liga – stwierdził.

Ruszył wyjątkowo dynamicznie. Kiedy jednak przed jego oczami wyrosła pierwsza, mierząca 180 cm góra ziemi usypana na betonowym pierścieniu, upadł. – To działa na wyobraźnię. Człowiek jedzie, a nagle przed nim staje mur. Nawet największy śmiałek może poczuć strach – tłumaczy Andrzejak. W treningu mieli wziąć udział bokser Przemysław Saleta i aktor Piotr Zelt. Gdy obaj zobaczyli, z czym mieliby się zmierzyć, to odpuścili. – Spokojnie, Tomek. Najpierw opanuj jeden element, a potem weź się za następne. Trumnę omijaj – krzyczał Andrzejak do Tomasza Golloba, a ten zabierał się za drugie podejście do wysokiej na 1,80 m przeszkody. Wybił się w powietrze, dodał gazu i przeleciał swobodnie na drugą stronę."

Wywiad w telewizji śniadaniowej:

Późna jesień na kaktusowym polu - Hammer Run

Spodziewaliśmy się niskich temperatur ale nie wiedzieliśmy jak to się będzie miało do noclegu, jaki zabezpieczyliśmy sobie w ramach skromnego budżetu przewidzianego na Hammer Run. No i prawda jest taka, że trochę dało nam po dupie :|.

Padło pytanie czemu impreza organizowana jest dopiero w listopadzie. Może to kolizja terminów, może "zieloni" mieli coś do tego, nie wiadomo. Na pewno nie interesowało to tych, którzy przyjechali domami na kółkach. Tam mieli prąd, ciepłą wodę i kolorowe telewizory. My za to śpiwory, podwójne kalesony, spirytus oraz kawałek podłogi w Baranowozie i przyczepce towarowej z Uhaul'a. Zaserwowaliśmy sobie typowo staropolskie klimaty. Nie pierwszy raz zresztą ;).

oni
my

Zjechało się sporo wiary ale ciężko określić ilu było wszystkich. W każdym razie widać, że jest to popularny rajd. To, że jego data prawie zbiegła się z "wizytą" huraganu Sandy z pewnością niekorzystnie wpłynęło na frekwencję. Gdyby nie to, armia riderów byłaby dużo okazalsza.
W sumie braliśmy pod uwagę, że możemy być jednymi z nielicznych. I przyjdzie ścigać się wokoło drzewa z garstką podobnych nam przygłupów. No bo kto inny jak nie przygłup, kiedy ścisnął kryzys i każda kropla paliwa jest na wagę złota, jedzie wypalać etylinę bez żadnego zbożnego celu??? Skandal!!! ;P

plac parkingowy obok lasu

Piątkowy wieczór przedłużył się znacznie. Nie umknęło to uwadze sąsiadów, bo pierwsze pytanie jakie rano zastaliśmy to - "bezsenna noc, co chłopaki?". No ale jak tu pójść spać o ludzkiej porze, kiedy stos życiowych tematów aż prosi się o przedyskutowanie. I dopóki było jeszcze coś na dnie butelki, dyskutowaliśmy. O determinacji niech świadczy fakt, że musieliśmy przy tym stać na baczność bo usiąść nie było na czym. Myślę, że krzesełka były zadowolone z faktu, że o nich zapomnieliśmy. Zimna i wietrzna noc pod naporem tłustych dup to nie to samo co "czilowanie" w ciepłym garażyku ;P.

szef kuchni poleca -
kiełbasa la Borowik
obrady

Gdzieś pewnie koło drugiej zdecydowaliśmy się przepatrolować teren w okolicy obozowego ogniska. Zastaliśmy zgliszcza i trochę puszek po piwie. Popatrzyliśmy jak wół na malowane wrota i zawrotka. Odchodząc podjęliśmy jedno ważne postanowienie - wrócimy tu jutro, kiedy będzie grać muzyka :).

Efekt zbyt nagłego poranka - baterie w organiźmie wyczerpane do zera :(. Rozmazany obraz i wirówka w głowie nie pozwalały na delektowanie się podniosłą atmosferą zlotu w stu procentach. Mimo to zaczęliśmy powoli zbierać się do dzieła.
Pierwsi do okienek rejestracyjnych wyskoczyli Baran z Borowikiem. Wrócili z minami jakby zabrano im całe szczęście z ich życia.
- "Przejebane, sprawdzają wszystko..."
No to pozamiatane, przynajmniej dla niektórych. Ja nie miałem prawka na motor ani dowodu rejestracyjnego. Jędrek miał na sumieniu jeszcze brak ubezpieczenia. Zebraliśmy plik kwitów jakimi poratowali koledzy i niepewnym krokiem, ze spuszczonymi głowami ruszyliśmy ku świdrującemu wzrokowi "złego człowieka", od którego zależało nasze "być albo nie być". Przygotowałem sobie przemowę, na wypadek jeśli "zły człowiek" skarciłby mnie za "niemanie". Sprawa była prosta:
- "Szanowny Panie, jestem prawdziwym motórzystą i wiem jak się zachowywać na trasie, a to powinno wystarczyć."
I o dziwo, wystarczyło! Musiałem tylko odpowiedzieć na pytanie czy nie mam prawka na motocykl. Krótkie "noł" i lekko zafrasowany posterunkowy maluje mi czerwonym pisakiem na formularzu znaczek na wagę uczestnictwa w Hammer Run!
W Jędrka przypadku "noł" trzeba było powtórzyć trzy razy i ..."włala" :D.

zaraz odjazd!

Ścieżka zaczynała się bezpośrednio z polany w lesie. Ruszyliśmy gęsiego tak szybko jak umieliśmy. Inaczej nie potrafimy ;). Miałem wrażenie, że drzewostan jest dwa razy liczebniejszy niż w rzeczywistości i czułem jak sinieją mi usta. Ale co innego mogłem zrobić niż spierdalać przed kimś, kto był za mną? Tym bardziej, że Piter naciskał jakby miał zamiar rozjechać mnie niczym rozdeptać kakrocia ;P.

Trasy to po prostu profeska. Teraz już wiem, że każda coroczna impreza ma takie właśnie kapitalne szlaki. To samo było w Hancock na Quarry Run. Jedynie oznaczenia po odcinkach dojazdowych mogły być lepsze. Przez te liche znaczniki i moje niedopatrzenie zboczyłem asfaltówką ze trzy mile. I mimo, że byłem chwilę przed chłopakami to potem musiałem ich ścigać. Spotkaliśmy się na jakimś postoju ale szczegółów nie pamiętam.
Po drodze musieliśmy oczywiście walczyć z usterkami. Piter roztrzaskał lampę na drzewie co przyniosło zwarcie w instalacji i palenie bezpiecznika od startera. Tomek złapał flaka z przodu i dochodzę do wniosku, że on pewnie myśli sobie, że "jazda bez flaka jest byle jaka." Tak często mu się to zdarza, że nie fair byłoby przypisywać to pechowi. To musi być planowane ;).
Borowik za to popisał się defektem stulecia :). Zdzierało mu oponę z obręczy! Ratowali nas "sweeperzy" i to dwojako. Pomogli przy gumie oraz oddali znaleziony GPS Pitra. Szacunek dla nich!

Pierwszy dzień byłby w porządku gdyby nie to, że do południa chlupało mi we łbie. Całe szczęście, że zapas gorzałki skończył się w odpowiednim momencie poprzedniej nocy. Drugiego wieczora zostało po piwku, potem lekka poprawka na zbiorowym ognisku (z beki leciała już tylko piana) i koniec, bez szaleństw.
Baransky nie byłby sobą, gdyby nie zagadał z każdym kto był w zasięgu jego wzroku. Upatrzył sobie brygadę, twierdząc, że to muszą być "krajowi". Widać było, że ta jego ciekawość zżera go okrutnie. Nie było wyjścia, poszczuliśmy nim biednych nieznajomych. Baran miał nosa i wyszło, że faktycznie, ludzie są z Mielca i dobrze się bawią :). Pozdrawiamy! I mam nadzieję, że pozostał po tym spotkaniu jakiś namiar na nich, całkiem fajnie byłoby w przyszłości coś zaplanować :).
Warto wspomnieć, że miłym akcentem była grająca na żywo kapela rockowa. Zapodali dużo klasycznych kawałków, a noga sama dygała w rytm. Na solo harmonijkowe wparował na scenę jeden z uczestników rajdu. Można powiedzieć, że był to najlepszy muzyk wsród motocyklistów i najlepszy motocyklista wśród muzyków ;). Skończyli entuzjastycznie przyjętym "Cocaine" i zamknęli wieczór życzeniami bezpiecznej jazdy następnego dnia.

rock n roll NOT DEAD!
obróbka cieplna pupci

Problem zimna pojawił się dla mnie gdzieś koło czwartej nad ranem. Moje styropianowe łoże i solidny śpiwór nie podołały gdy na zewnątrz temperatura spadła do -2°C. Dzwoniłem zębami jeszcze ze dwie godziny aż przyszła pora wstać.
Dobrze, że Tomuś zabrał ze sobą legendarny "kociołek". Najprostsze jedzenie na świecie podane na ciepło postawiło nas na nogi. W ogóle całkiem inny dzień się szykował bo odchodziła walka z kacem. Jedynie Borowik miał problem z ubitą ręką, kontuzjowaną od wczoraj. Poniewierał się gdzieś na trasie i pozostała po tym bania powyżej nadgarstka.
Piotrek na szybko wstawiał klocki hamulcowe na przód, które posiał gdzieś w lesie. Dobrze, że zabrał worek części ze sobą, inaczej miałby "ślepy hebel" ;).

polarnik w naturalnym środowisku ;)
... a ten mówi, że mu tak wygodnie :D
bez kociołka ani rusz
w tych warunkach lizanie grozi przylepieniem!
szybki remoncik :)
tego chłopca lepiej ubierać
niż żywić...

Tomek zaplanował wypróbować jak jego nowa Kuśka, za którą dał naprawdę niewiele, będzie się sprawować w tych warunkach. Chłop był tak zaaferowany, że wyprowadził nas na manowce już na samym początku. Zacząłem drzeć mordę, że jedziemy szlakiem gdzie nie ma strzałek. Za chwilę zawróciliśmy obierając właściwy kierunek.
Nie ujechaliśmy daleko bo zesrało się łożysko w tylnej piaście u Jędrka. Szczęście w nieszczęściu, że byliśmy niedaleko od placu parkingowego. Miał wrócić, zabrać koło z Tomkowego "Kata" i jakoś nas dogonić. Zrobił dobrą robotę bo na postoju z hot dogami byliśmy już w pełnym składzie. Przepraszam, nie do końca. Borowik, jak to Borowik, wystrzelił i nie oglądając się na nas doczepił się do jakiegoś obcego ridera. Podobno było im razem jak w niebie :].

Takiej jazdy jak w drugi dzień Hammera chyba jeszcze nie miałem. Większość loopa jechaliśmy we trzech - Piter, Tomek i ja. Stara gwardia nie odpuszczała młodzikowi nic a nic, czym chyba był troszeczkę zaskoczony :).
Praktycznie nie zatrzymywaliśmy się ani na chwilę. No chyba, że sytuacja tego wymagała, np. przygasł motor Pitra i trzeba było go kopać.
Wgryzaliśmy się w te świetnie wyjeżdżone bandy, trzymając bardzo równe i szybkie tempo. Co można więcej powiedzieć - rewelacja! Na koniec miska roześmiana i przybicie piąteczki za genialną współpracę. To jest to!!!
Nawet wczoraj (dwa dni po imprezie) cmokaliśmy z Tomciem na to co było. To uzależnia!!!

zmotoryzowana dzicz ;P
XD
amerykańska kuchnia polowa
wbrew pozorom tu nie trzeba stać w kolejce :D

Po powrocie miał być zmontowany filmik. Chciałbym w tym momencie uciąć wszelkie spekulacje na ten temat - filmiku nie będzie, a już tłumaczę dlaczego. Niestety zawiódł mój zmysł technika. Niewydolność zestawu GoPro nie była winą słabego styku karty pamięci, podejrzanej baterii czy sił nadprzyrodzonych, jak przypuszczałem. Namieszałem sam w ustawieniach kamery. Ostatnio zainstalowałem najnowsze a zarazem rewolucyjne oprogramowanie wewnętrzne dla HERO 2. Zawiera ono profil Protune i tu właśnie jest pies pogrzebany. Kusi on swoim potencjałem, na co i ja dałem się nabrać. W rzeczywistości prawie podwojony strumień przesyłu danych nie przynosi rewelacyjnych rezultatów jeśli chodzi o jakość obrazu, za to zwiększa wymagania dla kart pamięci. Dlatego moja karta totalnie wysypała się podczas Hammera. Bitrate Protune'owego wideo oscyluje w granicach 35 MB/s a wydolność pamięci flash to w porywach 30 MB/s. Nie ma cudów, tu nawet Salomon nie pomoże. Na nową HERO 3 spojrzę więc chłodnym okiem, nie ma co się napalać. Jeśli Protune ma być jego siłą napędową, a kosmiczne rozdzielczości nieuchwytne dla kart, to ja poczekam raczej na jakąś rewolucję. Jak wydawać pieniądze to na rzeczy wartościowe a nie gówno w pazłotku... Temat mam na tapecie i będę drążyć...

Things to do:
- Rozejrzeć się dobrze w kalendarzu na 2013 czy nie ma podobnych imprez na przestrzeni całego roku.
- Brać na serio przygotowywanie sprzętu do każdego takiego wypadu, bo za olewkę słono się później płaci (a już odpowiednie przednie opony to podstawa ;P).
- Dopracować scenariusz na wypad wypożyczonym camperem.
- Godnie gospodarować czasem i planami rodzinnymi aby urwanie się z domu na cały weekend nie było gorzką pigułką dla familii.
- Podjąć walkę z alkoholozmem.

Czas spędzony na kaktusowym polu uważam za zajebiście satysfakcjonujący. Dzięki chłopaki!
Wszystkim dedykuję piosenkę, której melodia zapadła nam wszystkim głęboko w pamięć. Trzeba przyznać, że Baran ma szeroki repertuar, tyle, że z niego nie korzysta. Za to potrafi przekonać całe otoczenie do jednego kawałka. Mi to wygwizdywane "o o o o - oł" do dziś huczy w łepetynie...



kaktusowe pole - tu byłem :)
tą jadalnię odwiedzali już "nasi"
Thumbs Up for Hammer Run!!!

AKTUALIZACJA:
Sytuacja jaka przydarzyła się gościowi w filmiku, który wsadziłem kilka postów wcześniej miała miejsce także na Hammerze. Znaczy się, popularność rodzi zazdrość a naśladownictwo jest jednym ze sposobów na lans. Nie, no sorry, czarnym humorem pojechałem :/. Jak na to patrzę to mnie giemba swędzieć zaczyna.


Przyjąć kikuta na policzek się da, jak widać. Ale jakby to miało być (tfu!!) oko, to nie daj Bóg. Bez gogli się nie ruszam i chcę jak najszybciej zapomnieć, że czasami je zdejmowałem :/.

Wkrótce zmiany!

Ogłoszenie duszpasterskie:
Prawdopodobnie za parę dni blog zostanie przeniesiony na inny serwer a jego adres ulegnie zmianie. Nowy jest krótszy i łatwiejszy do zapamiętania:
Enduroway.pl

Informuję o tym wcześniej, bo całość bazy postów i nakładka graficzna będzie wyeksportowana do formatu WordPress. Myślę, że Blogspot pozostanie, tyle, że albo będzie automatyczne przekierowanie albo informacja, gdzie należy się udać aby być na bierząco.

Odnośnie wybranej domeny - czemu rozszerzenie "pl"? Mogło być przecież ogólne "net" albo najbardziej uniwersalne "com". Jest to ukłon w stronę mojej własnej tożsamości :). Mówię po polsku, piszę po polsku i myślę po polsku (a moja córka np. mówi przez sen po angielsku). I nawet jeśli przyjdzie zostać na amerykańskiej ziemii do kresu żywota, niewiele się zmieni. "Starych drzew się nie przesadza" - jak mówi mądre przysłowie. I choć mam ambicje oraz plany związane z miejscem w którym jestem, to właśnie ta świadomość przynależności podpowiadała mi aby ustalić formę tego serwisu tak a nie inaczej :).

Ciekawostka - Enduroway.pl wykupiłem już dawno temu. Zanim zdecydowałem się na taką nazwę, przeszukiwałem internet żeby upewnić się, że nie będę kogoś dublować. Wtedy nie natrafiłem na żadne inne Enduroway. Dziś sprawdzając dostępność domen okazało się, że oprócz mojej z końcówką .pl, zarezerwowana jest także enduroway.com! Oczywiście nic z tego nie wynika w sensie, że nie ma podpiętej żadnej strony pod ten adres. Niewykluczone, że "zapobiegliwi" liczą na rozwój Enduroway.pl, żeby widząc jego spektakularny, światowy sukces zaproponować odsprzedaż "wymowniejszej" domeny i zgarnąć ciężkie setki tysięcy dolców ;). Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby licznik odwiedzin Enduroway.pl grzał się od rozpędzenia ale idea tego bloga to raczej sprawa własnej satysfakcji a nie sukcesu komercyjnego :). Dlatego tym panom już dziękujemy ;P.


Wchodzi też nowe logo, które miałem w głowie od samego początku, jeszcze za czasów kiedy planowałem stworzenie forum. Skłamałbym mówiąc, że jestem jego autorem. Wcześniej pracowało nad nim wiele osób, a pierwowzór wersji finalnej stworzył młody grafik - amator z Tomaszowa Lubelskiego. Potem powstała wersja wektorowa, która jest jeszcze w fazie poprawek ale po dopracowaniu może służyć jako szablon przy np. nadruku na koszulce, którą mam zamiar sobie sprawić :).


Powyższy motyw wmontowany został w nagłówek, który już w całości spłodziłem sam. Podchodziłem do tego parę razy bez powodzenia, aż nadszedł wieczór kiedy powiedziałem sobie - "jak dziś tego nie zrobię to nie zrobię nigdy!". Siadłem i pocąc się niesamowicie stworzyłem coś, na co zdolni graficy zareagowaliby uśmiechem politowania ale jako, że nie jestem fachowcem to nie stawiałem sobie poprzeczki na równo z zawodowcami. Mi osobiście odpowiada, jeśli stworzę coś co uznam za ciekawsze, będzie zmiana :).
Aha, na zdjęciach też pojawi się znak ze zmodyfikowaną wersją loga, a za jakiś czas planuję ozdabiać w ten sposób czołówki filmów. Jak się uda to może i jakąś animacją - wariacją ;P.

1..2..3 - próba pieczęci ;)

Podziękowania za pomoc dla mojego brata wujecznego - Patryka. Obiecał wyciągnąć pomocną dłoń, kiedy przyjdzie stanąć oko w oko z kodem strony. Ja tu nie mam nic do powiedzenia, on jako sprytny i doświadczony admin pomoże w "przemeblowaniu" bloga i doprowadzeniu całego przedsięwzięcia do pomyślnego (mam nadzieję) finału.

Colorado - propozycja na lato 2013



Część już słyszała, część jeszcze o niczym nie wie. Dla tych drugich ogłaszam:
Mucha zaprasza wszystkich chętnych na wyprawę do Colorado w lecie 2013!!!
Gospodarz obiecuje moc niezapomnianych wrażeń, na które to składać się będzie starannie przygotowana i sprawdzona trasa, noclegi w klimatycznych miejscach oraz niezapowiedziane atrakcje jakie przyniosą te dni ;).

Mucha teren poznał już na tyle dobrze, że jest w stanie poprowadzić grupę w naprawdę ciekawe okolice a wszystkie szczegóły logistyczne poukładać bez pośpiechu i z głową. Wstępnie zapowiada trzy dni i 250 mil w raju dla endurozjebów. Nie do pogardzenia wydaje się fakt, że chce nas zabrać na wzniesienia, gdzie przy odrobinie chęci uda się polizać chmury - 14 tys. stóp n.p.m.!!! Sounds gooooood :).

Decyzja należy do nas ale propozycja jest na tyle kusząca, że wg mnie powinna ruszyć silna ekipa. Wstępna analiza kosztów wykazuje, że nie będzie to ruina dla kieszeni. Wydatki które trzeba brać pod uwagę to:
- transport motocykli (wg mnie jest szansa dogadać się z kimś z Uship i załadować całość na raz, co gwarantowałoby niską cenę),
- koszt przelotu (czym wcześniej zostaną ustalone szczegóły tym szybciej można będzie zamówić tańsze bilety)
- koszty pobytu (noclegi + jedzenie + paliwo).
Realne jest zamknięcie się w sumie do $1500 od osoby, a biorąc pod uwagę, że można zobaczyć kawał innego świata i poimprezować w odpowiednim towarzystwie, to nie jest to chyba przesadnie drogo. Raz na jakiś czas trzeba zaszaleć, nie samym chlebem człowiek przecież żyje!
Jeśli już znajdą się chętni to jest dobra rada - najlepiej odpowiednio wcześniej zacząć wrzucać do skarpety po przysłowiowej "kłoderce", wtedy budżet domowy nie odczuje żadnego bólu z powodu tej eskapady.

Należą się oczywiście podziękowania za zaproszenie, zajebiście jest nam miło :).
Ze swojej strony obiecuję zainteresowanie tematem i kontynuację dyskusji na blogu.

Like a dream...

Nie zmienia się nic jeśli chodzi o mojego faworyta w segmencie motocykli do szaleństwa w lesie i technicznym terenie. Tu od jakiegoś czasu Freeride 350 stoi ponad wszystkim. Szkoda, że nie można go "pomacać" na żywo, w Stanach nie jest dostępny co jest ciosem poniżej pasa.
Znalazłem parę ciekawych zdjęć, gość założył do niego typowo crossowe opony, dodał parę bajerów i taki sprzęt po prostu krzyczy do mnie. Obłęd...







Zdjęcia są autorstwa użytkownika husqygg z portalu bikepics.com