Nowy offroad park w NJ

Po likwidacji Chatsworth to naprawdę zaskakująca nowina. Jeśli  jeszcze stworzą lokalizację w północnej części stanu, to będzie możliwość pośmigania "na szybko", kiedy nie chce się nikomu tłuc pół świata do Pennsylvanii. Gdyby dodatkowo było to chociaż takiej wielkości jak stare "Lost Trails", to czemu nie?

P.S. Wiadomość wyszperał Max, dzięki!

Zimo, wypier...!!!

Skoro już musi być zimno to niech będzie. Co nie znaczy, że poddaliśmy się z jazdą! Pewnie za tydzień zaliczymy piachy, tym razem pełne okrążenie. Ja  zaopatrzyłem się już w odpowiednie "ocieplacze". Mogę startować :).

Coroczne sondowanie rynku

Cudów na Motorcycle Show 2013 nie zauważyłem. Z roku na rok coraz ciężej producentom zaskoczyć czymś niebywałym i perspektywicznym wybrednego klienta. Generalnie retusz jest na fali, nie jakieś rewolucje. Jedyną rzeczą, która faktycznie mnie zdumiała był turystyk marki Zero. Nie widziałbym w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to że jest to motocykl z... napędem elektrycznym. Znamy "crossówki", znamy "nakedy", a skuterki to przecież norma jeśli chodzi o eksperymenty. Jak do tej pory nie wpadłem jednak na takie elektryczne cudo, które jest przeznaczone do pokonywania dystansów większych niż od jednego gniazdka do drugiego w obrębie macierzystego gospodarstwa domowego. Dlatego należy się uznanie dla konstruktorów za odważne potraktowanie tematu. Jak myślicie, ma szansę przyjąć się to nasionko?..






no i crossówka od "zerówki"
ile potrafi zobaczycie na filmie, który podlinkuję wkrótce :)
będziecie zszkokowani :)
pojawić się takim pod Starbucks czy innym "Dunkin'em"
 to byłby prawdziwy obciach
... dla "kawiarni" oczywiście ;)
"Indianiec" jak zwykle dostojny
biały kruk -
PROboszcz na chopperze ;)
to lakierowanie z daleka przyciąga
ale z bliska odstrasza (fatalna jakość)
perfekt :)
dla "szanownej" też pasująca bryka się znalazła ;)
Scrambler... lubię od zawsze
Versys ;*
przepiękny mastodont
dla mnie osobiście największa miła niespodzianka salonu -
spasowaliśmy się jak ulał, choć nigdy bym nie przypuszczał...
od tej pory moje motocyklowe życzenie do złotej rybki

Hamburger na tronie

W szeregi grupy wbił się na South kolega Jerry ze swoją pięknością - BMW GS 650 Dakar. Motocykl ma naprawdę rozpoznawalny bo podrasowany zarówno technicznie jak i wizualnie. Jest na czym oko zawiesić, prawda?






Przy jeziorze spotkaliśmy Krystiana z Siniakiem więc trafiła się okazja, żeby na żywo przyjrzeć się crossówce od Aprilii. Ciężko ją spotkać "w naturze", na dobrą sprawę to ekskluzywna sztuka. Co nie oznacza, że jest w czymkolwiek lepsza od innych maszyn z tego segmentu. Ale bezsprzecznie jest inna, co samo w sobie stanowi jakąś tam wartość. Na ile fakt ten może być budujący, niech odpowie sobie właściciel. Co kto lubi...

Na samym początku trasy mieliśmy okazję obserwować akcję jak z najlepszych filmów na Youtube ;). Baran przeskoczył dosyć głęboką rzekę a reszta szykowała się żeby zrobić to samo w kozackim stylu. Kiedy jednym kołem byliśmy już w wodzie on stanął na lekkim podwyższeniu terenu i obserwował rozwój sytuacji. Niczym sam Napoleon - dyrygował, doradzał i komentował. W międzyczasie za jego plecami przycupnął sobie milicyjny radiowozik. Bez robienia zamieszania i zbędnych ruchów, ot tak po prostu. Mi gogle zaparowały w sekundzie. Reszta też pobladła. Wszyscy w jednej chwili skupili się na jednym - z całych sił starali się stać niewidzialnymi. Bardziej siłą woli niż werbalnymi komunikatami zacząłem uprzedzać Barana o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Kiedy zdałem sobie sprawę, że tym sposobem nic nie wskóram, podjąłem radykalne kroki. Ryknąłem, budząc w nim świadomość kolizji interesów Pana Władzy i naszych.
"Rogaty" zachował zimną krew niczym lodówka z punktu krwiodawstwa ale też i kulturę, godną angielskiego dżentelmena. Po prostu odpalił Titanica i płynnie oddalił się z miejsca, gdzie potencjalnie mogło dojść do pogaduszek z oficerem. Mam to nawet na filmie, tyle, że ze względów bezpieczeństwa muszę zachować umiar w udostępnianiu :|.

Poza okiem kamery Piter z Tomciem heroicznie walczyli o przetrwanie na bagnach. Musiało być widowiskowo bo podobno niewiele brakowało a rozjeździli by się nawzajem na śmierć :D.

wybalansowanie koła za pomocą glonów - sposób Pitra

No i rozerwała nam się karawana... Nie było klarownego planu co robimy dalej. Nie nudziliśmy się jednak długo bo po chwili oddechu mieliśmy pełne ręce roboty. Jerry'emu wkręciła się w tylne koło wersalka ;P. No może nie cała a jej "składniki". Te zasrane miejscowe brudasy wyrzucają całe gówno spod siebie do lasu! Normalnie jakbym Polskę (za przeproszeniem i z całym szacunkiem dla Ojczyzny) widział! Co za pierdolona swołocz! Wracając widzieliśmy jeszcze lepszą akcję - podpalony samochód... www.żal.pl

wybalansowanie koła za pomocą wersalki - sposób Jerry'ego
zdemolowana osłona łańcucha i zębatki zdawczej...
"w pizdiec!!!"

Samotny jeździec powiększał przewagę nad peletonem i tego dnia już nie było dane nam się spotkać, mimo wysiłków obu stron. Zaraportował tylko do centrali, że odkrył fajną jadłodajnię na trasie, przyda się na następny raz.

Barański dotarł do wieży, my sfolgowaliśmy przed połową okrążenia. Jak na złość pierwsza stacja benzynowa była zamknięta a pchać się na awaryjną (znajdującą się w centrum miasteczka) byłoby głupie. To był dla nas kres natarcia, musieliśmy pogodzić się z tym, że z pełnego loopa nici.

czuć w tym zdjęciu chęć
dostarczenia niezbitych dowodów ;P
Baran sfotografował małpę!
Cyrk normalnie!

Klamka zapadła - wracamy. Jeszcze tylko moje krótkie kazanie co do rozsądku w gospodarowaniu paliwem i... jak grochem o ścianę. Pierwsza prosta i ogień idzie z wydechu. Wyplułem to co przed chwilą powiedziałem uwieszając się się na manecie. Nam się"żółte papiery" należą bez kolejki i bez żadnej komisji :].

Duch rywalizacji zawsze zbiera jakieś żniwo. Wyłożył się pięknie przede mną Tomuś, a potem była "gimnastyka" Pitra. Drugi przypadek był bardziej spektakularny o tyle, że poruszył moją chorą wyobraźnię. Piotrek na długiej prostej przed "łupkami" zaczął rozwijać prędkość "ponadambicjonalną" co obróciło się przeciwko prawom fizyki, które definiują świat bez dwuznaczności. I tak na przykład:

- "Jeśli jedziesz młody (duchem) człowieku za szybko motocyklem, który wydaje klekoczące odgłosy, to licz się z tym, że za chwilę zaczniesz gubić jego części!"

Chłopem pomiatało na tych nierównościach wręcz tragicznie i po chwili siedzenie jego motocykla oddzieliło się od maszyny jak oddziela się człon od startującego promu kosmicznego. Z tym, że z mojej perspektywy wyglądało to, jakby Pitrowi odpadła noga <wow>. Zdrętwiałem na moment aby po chwili, kiedy już pojąłem co jest grane, stracić panowanie nad pojazdem spowodowane napadem debilnego śmiechu. Ostatkiem sił ale jakoś zatrzymałem się w sposób tradycyjny. Potem kawał druta i siedzisko trafia na swoje miejsce :).

Nie plątaliśmy się już wokół jeziora bo nie dość, że robiło się późno to sił już trochę brakło. Tomek nie odmówił sobie jednego okrążenia ale reszta patrzyła już w stronę zjazdu do boksu ;). Na ostatniej prostej odstawiłem taką "manianę", że aż wstyd. Jakieś 100 metrów od samochodów a ja centralnie walę twarzyskiem w glebę. Wyglądało na to, że ten odcinek torów przysypany jest ziemią i bezkolizyjnie przeskoczę na drugą stronę. Szynę porosło jednak tylko zielsko, dlatego pięknie podcięła mi przednie koło. Daszek w kasku do wymiany... www.żenada.pl

Do kompletu brakowało Barana. Twierdził, że za 15 minut dobije do nas i spadamy. Kiedy czas ten czterokrotnie przekroczył dopuszczalne normy, zaczęliśmy spekulować. Zrobiło się ciemno i w takich warunkach ciężko znaleźć ścieżkę przez las. Mógł się również przydarzyć defekt. Ale też mógł w coś "przydzwonić", a to wcale nie byłoby zabawne. Tak to jest jak się jeździ w pojedynkę. To najgorszy grzech offroadowca... Na dodatek od strony lasu dobiegły nas jakieś krzyki. Powtarzające się co raz i trochę dziwne. Zmroziło nas, tym bardziej, że lot numer 525 znikł z radarów (Baran nie odbierał telefonu). Szykowaliśmy powoli jednostkę ratowniczą ale na szczęście nie było potrzeby uruchamiania całej procedury. Spoza drzew wyłoniła się łuna świateł Baranowozu :). Szkoda, że padła mi bateria w moim Galaxy bo byłoby fajne ujęcie.

Jak to zwykle, trzeba było jeszcze wrzucić coś na ruszt. Ktoś palnął:

-"Dawaj na tego wielkiego hamburgera!"-

Nie ma problema, ja tam zawsze z chęcią pochłonę coś niezdrowego. Inni też byli na "tak". Mimo, że musieliśmy zboczyć z trasy, zaparkowaliśmy przy niepozornej "barówce". Nie wiedziałem, że "duży hamburger" sławny jest z tego, że jest naprawdę duży. Asekuracyjnie wziąłem coś skromniejszego. Tomek porwał się na specjalność zakładu. Jakaś długa i zawiła nazwa miała dać znak, że szykuje się naprawdę "duży hamburger". Tomcio połknął haczyk. Biedaczysko...

Kelnerka z niedowierzaniem przyjęła to rozpustne zamówienie. Nie zdołała jednak powstrzymać się od ironicznego uśmiechu i wcale jej się nie dziwię. Wykaligrafowane w menu nazwy łatwo zjada się wzrokiem, co innego stawić czoła nietuzinkowemu daniu w rzeczywistości...

Przegapiłem moment dostarczenia "towaru" do odbiorcy ale biorąc pod uwagę to co wylądowało przed Tomkiem, wyobraziłem sobie dwóch ludzi niosących tego giganta na salony ;).
To był dopiero hamburger! Dumnie spoczął na słusznym półmisku, niczym król na tronie, z berłem i w koronie. Wydawało się, że za chwilę przemówi do zebranych swym nie znoszącym sprzeciwu, wyniosłym tonem :D.


Nie dla wszystkich był to radosny widok. Tomcio bez przekonania przygarnął potrawę, po czym wyraźnie posmutniał. Przytłoczyła go widocznie wizja nierównej walki z tym prawdziwym wybrykiem sztuki kulinarnej. Dopadły go chyba wątpliwości kto tu kogo będzie jadł, czy on megakanapkę czy ona jego ;P.


Pół baru patrzyło na to ze współczuciem a drugie pół z niesmakiem. Ale było to o wiele bardziej pasjonujące widowisko niż pojedynek na szczycie ligi baseballowej, który przed naszą wizytą był dla miejscowych główną atrakcją wieczoru.


Skończyło się bez niespodzianki. Nie stawiałem na naszego druha dużych pieniędzy więc wtopy nie było ;). Rozgrzebał tylko tego mięsnego zawadiakę na nieskładną kupę odpadków i tyle. Myślę, że jedynymi godnymi partnerami dla tego typu fastfooda byliby norweski drwal albo ruski kulomiot. No może jeszcze Baran, bo zarzekał się, że poprzednim razem posłał tego "przehamburgera" na dechy ;).

Ledwo wyleźliśmy z tej speluny. Ja sobie powiedziałem - nigdy więcej takich porcji, a miałem przecież wersję "light". Tomek był w dużo gorszej dyspozycji. Dopiero kiedy "uwolnił orkę" na stacji benzynowej wróciliśmy do nieskrępowanej rozmowy ;P.

Wyjazd udany połowicznie, musimy zrobić poprawiny bo spaliliśmy w blokach ;).

no niech mu będzie,
jemu loop wyszedł :]

Skradziono motocykle i quady z Matto Cycle!

Poprzedniej nocy z Matto Cycle w Pottsville skradziono sprzęt w ilości kilku sztuk.
Oto treść emaila który do mnie dotarł:


"Hello Fellow Riders.

About 3 am this morning Matto Cycle was broken into and robbed. They got 3 motorcycles and 2 ATV as far as I can see right now.  We have to do a inventory check today to make sure there are not more. Here is the list of items stolen that I see so far:
2013 Honda TRX450ER
2013 Honda TRX400X
2013 Honda CRF450R
2013 Gas Gas 300EC
2012 Gas Gas 250EC
If anyone comes across a new bikes for sale cheap… please let me know. Shop number is 570-429-0678… ask for me Bud. If you can forward this email to your list maybe we can spread the word faster. Thank You.
Bud Matto
Matto Cycle Pottsville Pa. 570-429-0678"

Trzeba mieć oko, w końcu jeździmy tam dosyć często a dealera znamy, jest to ten budynek z logo KTM przy drodze 621. Nie wygląda to na twierdzę nie do zdobycia i niestety skorzystali na tym złodzieje. Mam nadzieję, że nie zdążą nacieszyć się łupem i wszystko wróci do właścicieli, czego należy im życzyć.


Wyświetl większą mapę

Wystawa motocykli w NYC (18-20 stycznia)


Tak jak co roku o tej porze w Javits Center na Manhattanie odbędzie się Motorcycle Show. Podobno pojawi się KTM z pełną ofertą maszyn, dla zainteresowanych tematem to spora gratka. Ja wbijam się na bank :).

>Link do strony organizatora<

Smutny Mikołaj




W sumie ucieszyłem się ale i trochę zdziwiłem, że na RT 46 planują wyprzedaż. Ale kto by się nie ucieszył? Obniżki cen o 50% to przecież fajna i nieczęsta okazja do zrobienia zapasów za grosze. Olej by się przydał, płyn hamulcowy, smar do łańcucha, może dętki, świece i tego typu duperele. Ale mają też przecież i buty, ochraniacze, całe stroje więc warto byłoby pogrzebać, a nóż wyrwie się coś "special"?
Pierwsze podejście zrobiłem jeszcze we środę ale było zamknięte. Otworzyły się jednak drzwi i starszy, brodaty gość powiedział, że od czwartku do soboty będą to wszystko puszczać po kosztach bo zamykają biznes. OK, pomyślałem, wpadnę jutro po robocie i wezmę co trzeba.

Ruch był rzecz jasna większy niż kiedykolwiek. Powiem więcej, wręcz wrzało. Jakieś dwie panny obkupiły się chyba na tysiące bo wszystkie rzeczy do samochodu musieli im pomagać nieść sprzedawcy. Było tam chyba z pięć kasków, całe kartony olejów, kurtki i Bóg wie co jeszcze. Inni nie byli dużo gorsi, nieśli przed sobą całe góry towaru aż im się nogi uginały. Asortyment topniał w oczach a stałem tam może tylko z pół godziny. Generalnie panował świąteczny, wesoły rwetes, który wprowadzali sami kupujący zachłyśnięci okazją tanich zakupów. To taki niemal gwiazdkowy prezent, promocje od Świętego Mikołaja.

Nie rozgłaszali się z tą akcją, zero bannerów, plakatów ani ogłoszeń. Wygląda na to, że wieść poszła pocztą pantoflową. Ale to wystarczyło, żeby pojawili się ludzie. Można po tym wywnioskować, że jednak mieli grono stałych klientów. Pracowali na to długo, jak sami stwierdzili, działali 44 lata w biznesie. Szmat czasu...

Bergen Sport Motorcycles w 1987 roku

zdjęcie z roku 2012

Cały sklep przespacerowałem co najmniej kilka razy. Nie powiem, znalazłem coś dla siebie. Od razu zabierałem to z półek bo szabrowników wokół nie brakowało ;). Po kilku minutach byłem już objuczony jak osioł w Nepalu.

Ile razy wcześniej mogłem tu być? Może ze dwadzieścia, dwadzieścia parę. Nie mieli super cen, czasami nawet kląłem, że drogo. Internet bije zwykłe salony, dlatego teraz człowiek zawsze ma wrażenie, że w sklepie zdzierają a przecież nie może być inaczej, taka prawda. Mimo wszystko uważałem Bergen za swojego głównego zaopatrzeniowca na dzielnicy. Dotarło do mnie, że właśnie się to ucina i będzie bolało. Nie ma w najbliższej okolicy punktu, gdzie proponują tyle co proponował ten salon. Przyzwyczaiłem się zresztą do tego miejsca, do takiego dyżurnego punktu zawsze pod ręką.

Zapłaciłem i zabrałem swoje manele z lady ale wyczekać w kolejce musiałem kilka dobrych minut. W międzyczasie rozglądałem się jeszcze dookoła czy nie przegapiłem przypadkiem czegoś ciekawego. Zobaczyłem starszego, brodatego człowieka, który dzień wcześniej otwierał mi drzwi i zapraszał na dziś.

Jeśli miałbym opisać jak według mnie wygląda Święty Mikołaj to powiedziałbym, że dokładnie tak jak ten gość. Postura drwala, długie siwe włosy i broda odpowiednio pasująca do całości. Jedynie strój miał cywilny, jakąś zwykłą koszulę i sprane, jasne, śmiesznie leżące ja jego monstrualnej figurze jeansy. Chód miał też iście mikołajowy, stąpał powoli kołysząc się i rozstawiając nogi na boki.

Przykuł moją uwagę na tyle, że zacząłem go obserwować. Szybko wychwycił mój  wzrok. Miałem wrażenie, że nie przypadkiem. "Uciekłem" i udawałem, że kontynuuję "przegląd półek". Kiedy tylko uwolniłem się z jego obecności, zerkałem co robi. Wyczułem w jego zachowaniu coś dziwnego. Nie wiem, jakby podenerwowanie czy pobudzenie. A przecież nie był nachalny albo niesympatyczny. Jedynie z jednej strony jakiś nieobecny a z drugiej bardzo zaangażowany w to co wokół. Poprawiał oleje na wystawce, kręcił się chwilę na zapleczu, przyniósł pracownikom batoniki... Wklepywał coś w klawiaturę komórki, przystawiał ją do ucha ale widziałem, ze wcale nie ma zamiaru nigdzie dzwonić... Kiedy kierował się w stronę pokoju biurowego, który mieści się z drugiej strony hali, mimo, że będąc tyłem do ludzi, idąc obserwował w lustrze przeszklającym office, co dzieje się za nim. Nawet na chwilę nie mógł oderwać uwagi od nas, od tego wszystkiego... czego jutro już nie zobaczy. Właśnie wtedy dotarło to do mnie. Skojarzyłem dlaczego odprowadza wszystkich do samych drzwi, choć przecież nie musi, nic to przecież nie da. Życzył wszystkiego najlepszego w nowym roku i cały czas tak przenikliwie wpatrywał się każdemu w oczy. Nieodparte i jedyne wrażenie jakie odczułem jest takie, że chciał usłyszeć pewne magiczne słowo. Wyobraziłem sobie co może czuć, kiedy przychodzi dzień w którym musi sobie powiedzieć, że to koniec przygody jego życia. Bo tak to można nazwać. Oddanie czterdziestu lat jednej idei to nie jakieś przypadkowe odrabianie pańszczyzny. To więcej niż zajęcie zarobkowe, to codzienność a zarazem pasja a z tym ciężko rozstać się z dnia na dzień...

Wiedziałem, że za chwilę będę wychodzić. Coś tam próbowałem sobie w głowie ułożyć, żeby mijając Go móc powiedzieć co myślę. Wyczuł mnie i wyprzedził życzeniami a ja zdołałem tylko pomachać mu ręką i powiedzieć "dziękuję". Jego szklące się oczy były ostatnią rzeczą jaką zapamiętałem z tej wizyty. A to, że wyniosłem stamtąd połowę tańsze rzeczy nie daje mi satysfakcji. Żadnej.

Jim w pracy

tutaj jako... wiadomo kto :)

"Feliz Navidad" po góralsku

Tylko w ciepłych słowach mogę wyrazić się o części zasadniczej poczęstunku zorganizowanego sobotniego, przedświątecznego wieczoru na naszej mecie przy Belmont Ave. Niczego nam nie zabrakło, ani jadła ani picia ale przede wszystkim nie zabrakło nam fantazji. Stad parę nieprzewidzianych akcji w końcówce, po których pozostał mi zdarty łokieć ;P.
Imprezowanie zakończyło się niekonwencjonalnie jeśli ocenialibyśmy je według standardów katolickich spotkań wigilijnych, natomiast poszło jak najbardziej "po naszemu" i wręcz z zachowaniem tradycji "Garage Christmas Party". Czeski film. "Feliz Navidad" po góralsku.

Kilka zdjęć, tych co się da pokazać ;).