Ballada o Trevorton

Nie wiem ile to już razy kursorem myszy byłem nad Trevorton, ile razy w Youtube wpisywałem tą frazę i ile razy oglądałem zdjęcia tego miejsca na Panoramio. Musiało to wreszcie jakoś zaskutkować. Opowieści o "najwyższej górze węglowej jaką nosi Matka Ziemia" skusiły szczególnie chłopaków, ja bardziej chciałem sprawdzić teren pod kątem jazdy w lesie.
 Niespodzianką było to, że tego dnia dosiadłem furę Barańskiego. Moja przechodziła zabiegi odświeżająco - upiękniające :). Robiona była na bóstwo dla nowego właściciela ;).

 Korzystając z lokatora działek w Schuylkill County (Schuylkill Parcel Locator), ustaliłem dwie miejscówy gdzie potencjalnie moglibyśmy zostawić auto. Jak się okazało jedna zadziałała, chociaż tak naprawdę to parkując poza "oficjalnymi" miejscami RAC nigdy nie mamy pewności, czy ktoś nas nie przegoni.

 Tomcio z Józkiem objawili nowe przyodzienie, konkretnie obuwie firmy Gaerne w wersji 12. Poczułem się jak obywatel drugiej kategorii wstydliwie wyciągając z worka "garbeciowego" swoje muzealne, pokryte szlamem i pleśnią, 661... Czas na zmiany, chciało by się rzec...

 Na początku trzeba mi było zapoznać się z tonażem jaki miałem pod dupą. Nie trwało to długo. Proboszcz jak polski pilot - jak trzeba to i na drzwiach do stodoły poleci ;).

 Ashland, skąd ruszyliśmy, jest objęte podziemnym pożarem kopalni, tak samo jak Centralia. Nawet bym nie pomyślał ale parę minut po ruszeniu mijaliśmy charakterystyczne wyziewy spalin z ziemi. Ten żywioł naprawdę "ma potencjał". Mieszkać tam to jak bawić się niewybuchem, nie zazdroszczę tubylcom.
 Jeden minus jaki był to fakt, że poruszaliśmy się utartymi szlakami. Trochę mnie to teraz mierzi bo wiem, że można było wedrzeć się  w lepsze rzeczy. Gonitwa do celu trochę zubożyła cały wypad, takie jest moje zdanie.
 Parliśmy w kierunku zachodnim korzystając z kompasu. Wiadomo, że jadąc gdzieś pierwszy raz będą jakieś skuchy i dreptanie w kółko. Nie zakładam więc nigdy, że gdziekolwiek dotrzemy od "jednego strzała". Jechanie za przewodnikiem (w tym przypadku byli to napotkani quadowcy) to wg mnie jeszcze gorsze wyjście. Waliliśmy najprostszą ale i najnudniejszą drogą. Następnym razem wypadałoby zagłębić się w bok. Może ktoś się skusi na powtórkę?

 Czym bliżej Trevorton, tym więcej było śladów życia offroadowego. Minęliśmy dwa czy trzy konkretne parkingi gdzie roiło się od aut. Największe "Eldorado", co nas kompletnie zaskoczyło, spotkaliśmy już przy górze. Tam dopiero był cyrk! Dobrze trzeba było się oglądać, żeby ktoś nie przejechał po krzyżu ;P. Motocyklistów nie było tylu co quadowców. Normalnie jak szarańcza!
 Stając przy tym olbrzymim wzniesieniu ciężko było się nie zdeprymować. Chyba większość będąc z nim oko w oko pomyśli - "ja to serdecznie pierdolę". W tym przypadku dołączyłem do większości i tylko oglądałem jak ci bardziej zdesperowani decydują się na akcje. Niewielu doskakiwało na sam szczyt, gdzie przy samej końcówce czaiła się perfidana pułapka - taki schodek, który pokonać było można jedynie rozpaczliwcem. Józek wyskoczył raz, Tomek był blisko ale nie wywalczył.

 Powywijaliśmy trochę i zaczęło nas ssać. Pojechaliśmy do miasteczka za jakimś korytem. Na stacji benzynowej nie było niczego konkretnego, wzięliśmy jakieś bzdetne przekąski. Słońce zmożyło nas przy stoliku, nawet tankować się nie chciało, chociaż aż się prosiło. Naszą czujność uśpił zbiornik w cysternie Barana. Wielki ale... prawie pusty jak się miało okazać za jakiś czas.
 Ciężko się wsiadało na sprzęty ale ruszyliśmy wreszcie z powrotem w stronę "Golgoty". Jakiś dziadek gestykulował wyraźnie nerwowo na nasz widok, natomiast niezbyt urodziwe miejscowe niewiasty, wręcz przeciwnie. Z jednakowym chłodem potraktowaliśmy ich wszystkich ;P.

 Wracając próbowaliśmy poszukać jednak jakichś singli. Nie ma co ukrywać, pod tym względem St. Clair jest poza konkurencją. Troszkę jednak pozawijaliśmy w lesie i tyż było piknie.
 Pierwszy grom uderzył w nas na wiadomość, że Tomciowi kurczą się zapasy wachy. Kilka mil jazdy i już przewracamy Józka Huskę w sprawie "przeładunku" płynów. Raz się udało ale za drugim stają obaj i muszą się posilać od Jędrka. Pada parę gorzkich słów. Nauczka na przyszłość, żeby tankować do pełna i przy każdej okazji.

Dobiliśmy już po zmroku. Może bez rewelacji ale zawsze pojeździliśmy :).
Do następnego, Panowie :).


Gratulacji zacząć czas!

Ze względów zdrowotno - mentalnych nie wziąłem pod uwagę tych zawodów. Niesmak gdzieś jednak jest bo od zeszłego sezonu ciśnie mnie na pościganie na piachach. Czy wspomniane piachy byłyby dla mnie handicapem, trudno powiedzieć. Jak się zepnę to przekonać się mogę całkiem niedługo bo 15 kwietnia, na South, znów zapraszają do rywalizacji. Może większą grupą uderzymy? Może. Wiem na pewno, że chłopy z Garfield nisko poprzeczki nie zawieszą. Wczoraj pokazali pazury i dlatego uznanie im się należy. Tomcio dorobił się, dawno wyczekiwanego przez naszą społeczność offroadową, trofeum! Czwarte miejsce w klasie C czterosuwów! Morda mi się rozpogodziła jak odebrałem od niego fotkę :)



Tomuś, nie odpuszczaj! Gratulacje chłopaku!
Reszta składu też kopciła jak się należy, tabela mówi sama za siebie :).


I tak jak gadaliśmy, najciekawszy może być koniec sezonu, kiedy każdy będzie wjeżdżony i zdatny aby pokazać na co go stać :). Także jak mi się uda (zakładów nie przyjmuję, za duże prawdopodobieństwo wtopy) to już od jutra nie piję, biegam, skaczę, podnoszę aby tylko wyrwać tytuł popierdalacza roku ;P.

Czapki z głów!!!

Jak długo dam radę jeździć w zdrowiu i przyjemności? Nie daję sobie specjalnie dużych szans na starość w siodle bo już w połowie czwartej dekady żywota jadę na Bi-Fleksie od odnowy stawów. Obym wogóle doczekał emerytury i miał przyjemność chociaż ze dwa, trzy lata postać w kolejce po leki... Pożyjemy, zobaczymy ;).
 Ale zdarzają się rzeczy, zdawałoby się niemożliwe, więc mimo wszystko nie tracę nadziei. Przykład? Proszę bardzo! Mam zaszczyt przedstawić niezwykłą postać. Tymbardziej przekonującą bo wyrazistą w kontekście naszego nieśmiertelnego hobby. Usiądźcie wygodnie i nie popadajcie w kompleksy ;P.
Panie i panowie, przed Wami "człowiek z żelaza" - JOE GALIE!!!


Na potwierdzenie tego, że Joe to nie wymysł jakiegoś fantasty, daję dowód. Film powstał parę dni temu, kiedy uświadomiłem sobie, że to co się kurzy w szufladzie to cenny zapis dokumentalny. Zapraszam :).

Aminokwasy, parujące Glace i jad skarpeciany

Borowik źre te specyfiki chyba na kilogramy bo poganiał z Tomciem tempo konkretnie. Myślę, że te "pająki" zamiast fabrycznego sprzęgła też robią robotę i to widać. Generalnie jednak wszyscy się pocili, mimo, jakby nie było, niskiej temperatury jaka panowała.

 W powietrzu wisiała sensacja bo Baransky miał udowodnić, że dwutakt nie obędzie się jednym zbiornikiem paliwa na cały dzień. No i wyszło na jego, a czy ma to jakieś znaczenie? Strategicznego nie ma ale zawsze jest argument żeby zbić plusy dwusuwa. Ale my się w politykowanie nie bawimy, niech każdy jeździ czym chce i jak chce. Baran w końcu wspaniałomyślnie uchylił wieko swojego "cepeena" i było po sprawie :).

 Borowik szykował sprawozdanie multimedialne dla Muchy. Widać było, że bardzo zależy mu na wyrazistym, uwydatniającym walory techniki jego jazdy, przekazie. Dodatkowo miało to być okraszone krajobrazem jak z bajki. Bajki jednak nie będzie. Zapomniał włączyć nagrywanie w kamerze...

 Uparliśmy się na okrążenie z hare scramble koło Tamaqua. Polecieliśmy więc górą, "pałer łajnami", potem przez RT 209 i prosto na loopa. Podobało się ale nie było łatwo bo głęboko wyjeżdżone koleiny, kamienie i korzenie wyjaławiały nas z sił. Apetyt był ale nie przejechaliśmy całego okrążenia, gdzieś po drodze się pogubiliśmy. Tam jest tyle tych ścieżek, że dojechanie do celu wg planu zawsze jest mocno zagrożone. Na postoju z Glacy łepetyny strzeliła para jak z rozdartej rury c.o. Było na co popatrzeć ;).

 Jest filmik z tego jak ci bardziej zawzięci walczyli z węglową górą. No i nie powiem, ładnie tam szli chłopaki, chociaż na pierwszy rzut oka skos był nie do pokonania. Zapis nie oddaje tej pochyłości, w realu naprawdę to gówno robi wrażenie.
 Nie mniej ciekawie było też na osławionym "potoczku". Leżała tam jeszcze warstwa śniegu z lodem i tylko Mr. Tomato z Glacą wyskoczyli tam z gracją. Reszta orała jak mogła :).

 Piweczko "na kornerku" po jeździe było bo musiało być, taka tradycja :). I do tego w uroczystej oprawie bo Gregor postawił pępkowe. Niedawno urodziła mu się córa więc łykaliśmy jej zdrówko :). Należałoby też w sumie wypić zdrowie Barańskiego a może nawet wypić za to, że Borowik zachował zdrowie po tym jak beztrosko zatrzymał się na środku ścieżki kiedy reszta brygady parła za nim i to zamaszyście. Zdrętwiałem widząc jak Baran wprowadza swój kosmodrom w hamowanie awaryjne. Jak on ominął Gregora nie pamiętam bo ocknąłem się już po fakcie. I jestem pewien, że kapitan Titanica miał łatwiej a i tak zapierdolił, dlatego szacun dla Adamskiego za stalowy nerw :).

 W samochodzie zrobiło się uroczo, nie mogło być inaczej. Wzajemne obelgi między panami "B" zamieniły się w dysputę, obejmującą życie zawodowe, rodzinne, ceny szpinaku i zbliżającą apokalipsę. I byłbym w siódmym niebie gdybym nie musiał walczyć z tym natrętnym jadem skarpecianym który opanował wnętrze auta. Nikogo nie obwiniam, takie życie :).


dwie minuty na oddech
tajemniczy ninja
narada w sztabie
jest ławeczka ale nie ma winka :(
widokóweczka
nieładnie by było swojej mordy nie zapodać
ćwierć gwiazdkowy kompleks hotelowy


Jest tu jakiś cwaniak???

Jeśli kiedyś na trasie, mijając na jakimś wypizdowie kawałek asfaltu, komuś przyjdzie do głowy, żeby przestraszyć się pana milicjanata przyczajonego za jabłonką, niech przypomni sobie ten filmik. Strach ma wielkie oczy a sam diabeł jaki jest? Jak widać nie taki straszny ;)...
 A po drugie primo - gdyby ktoś w przypływie fantazji ubzdurał sobie, że jest kozak to ja służę linkiem ;P.

Lista obecności podpisana

Rachunek sumienia po jeździe doprowadził mnie do dwóch wniosków. Po pierwsze nie oglądać się za siebie, po drugie wyleczyć ból kolan. Z tym, że co do tego pierwszego to nie mam pewności...
 Farmaceutyki na odbudowanie formy już zażywam ale z przestawieniem się na inny tryb jazdy będzie ciężej. Mam mianowicie, chyba słusznie, taki nawyk, że często sprawdzam czy ten jadący za mną cały czas jest i czy wszystko gra. Jeśli zgubi ślad to czekam aż dobije a jeśli wymaga tego sytuacja wracam żeby go odnaleźć. I wszystko gra dopóki część grupy co jest przede mną robi to samo.
 Ostatnim razem ten system jednak "zaniedziałał" ale nie muszę mieć czarnej skrzynki żeby dojść dlaczego. Dobrze pamiętam komu dawałem znaki, żeby przystopować bo reszty nie widać. Bogu dzięki, że te moje nawoływania dotyczyły bzdury. A gdyby ktoś naprawdę zrobił wtopę i liczyły by się sekundy? Myślenie nie boli ani nie kosztuje! Zawróciłem i bez problemu znaleźliśmy się i można było dalej kontynuować dzieło w komplecie. Oczywiście gdyby najszybsi z najszybszych nie fantazjowali tylko pod siebie. Ja też wolałbym zapierdalać, "gdyż lubię zapierdalać". Ale, Szanowni Państwo, cała załoga powinna dbać o to żeby trzymać się razem. Bo jeśli nie to zawsze będzie ryzyko, że ktoś kto zniknął nam z pola widzenia może mieć w danej chwili przejebane... Piszę to na "zaś" bo adresat tego apelu i tak nawet przez tlanslatora googlowego nie zakuma treści, a szkoda...

 Ogólnie jeździło mi się OK, ale czuję, że dochodzimy niebezpiecznie blisko rutyny i powielania fajnych "eventów" a temu zawsze mówię NIE. Jeszcze jedno czy dwa parkowania w tym samym miejscu, jazda w tym samym kierunku i brak nowych pomysłów może "położyć" St Clair. Tak jak to było z Delano na przykład. A tego bym nie chciał bo "Klara" to jest jeden z najlepszych terenów jakie mieliśmy pod kołami.
 Czeka zachodnia część za RT 61, czeka południe od RT 209, tam byliśmy ale gówno widzieliśmy bo na śladach mam czarno na białym, że zawsze walimy tymi samymi szlakami. I wreszcie szlag mnie trafi ;P...
 A Hunter? Już któryś raz z Glacą debatujemy, że trzeba coś z tym zrobić. Tylko, że ja nie mam śladów z prehistorii. Ale mam za to wyjebane na rozpoznanie wszystkiego co jest dostępne a jest tego sporo więc szkoda marnować możliwości. Dlatego planuję oddalić się od wydeptanych przez nas ścieżek. Jeśli będą chętni to damy radę, jak nie będzie to dam radę ;).

 Można powiedzieć, że urwałem kierownice bo utrzymała się na jednej z dwóch śrub, w dodatku skrzywionej. Jakimś cudem podreperowałem to przy aucie amerykańców a punkt w którym zaparkowali zapisałem do GPSa. I co ciekawe wychodzi na to, że jest to zajebista miejscówka. Stamtąd jadąc na wschód fajnie można eksplorować teren na południe od 209, dlatego aż się prosi o otwarcie umysłów...

 Józek walczył gdzieś na kamieniach i przypłacił to dziurą w deklu silnika. Ale rozumiem, ze już to naprawił bo na dziś szykował wyjazd.

 Inżynier Joint poratował mnie specyfikiem na stawy bo potrzeba jest już wyraźna. W niedzielę po powrocie, już przy chałupie nie mogłem wyjść z auta. Ruszałem się jak Jagger ;P. Doznałem wtedy olśnienia, że z każdym dniem faktycznie mam bliżej do gromnicy...

 Filmik będzie pod krytykę, czyli z dłuższymi sekwencjami z jazdy. Nie ma tego wiele bo nie sformatowałem karty przed wyjazdem.
Przepraszam, dziękuję, do widzenia ;).


jeździec i koń
przyodziewanie szat
trunek rozgrzewająco - rozweselający
serwowano w minimalnych ilościach,
pyyycha :)
za dużo było "momentum" dlatego "hole is ready" ;P

Motorcycle Show

Ten sprzed trzech, bodajże, lat był całkiem ciekawy, prawie tak ciekawy jak w moim rodzinnym Lublinie :). I wcale się nie nabijam, tam naprawdę było co pooglądać! Tu w Stanach panuje jednak całkiem inny klimat.
 W Polsce sprzedawca się płaszczył bo uhandlować cokolwiek to sztuka. Tutaj kto ma kasę (a większość jak chce to ma) idzie i bierze to co jest pod ręką. Raz tego użyje i latami potem stoi w garażu. W kraju jak się coś bierze to nieraz na całe życie więc klient chce być dobrze zorientowany co w trawie piszczy. Każdy zakup to oglądanie, wąchanie i bycie cwańszym żeby nie dać się zrobić w h...
 Ameryka jest dla bogatych i próżnych, tu wszystko przechodzi bez wgłębiania się w temat, wystarczy zeskanować kartę kredytową. Dlatego miałem wrażenie, że nie ma ciśnienia na promocję. Dwa inne światy i inne realia... OK, nie o tym jednak miałem pisać.

 Nie było chętnych na niedzielny wyjazd do NYC więc zabrałem córkę. Interesowało ją to tyle co i wczorajsza kolacja ale przystała na moją propozycję.
 Dobrym wyjściem było kupienie biletu przez internet, oszczędziliśmy sobie kolejki przed kasą.
 No i znalazłem wreszcie aparat, a raczej Glaca znalazł w swoim samochodzie, wiec mogłem cyknąć parę fotek.

 Szczerze powiedziawszy to poszedłem raczej dla zasady, bo konkretnie to nie miałem jakichś planów na zwiedzanie. Jedynie co, to chciałem obejrzeć sprzęty które widziałem wcześniej tylko w katalogach a podobały mi się i teoretycznie byłyby w moim zasięgu gdybym myślał o powiększeniu dobytku ;).
 Udało się to połowicznie bo wybór był skromny. O KTM Freeride 350 np. mogłem se pomarzyć bo nawet stoiska firmowego nie zrobili, dziady. Wychodzi na to, że zadowalają się tym, że na pniu schodzi im wszystko, więc po co inwestować w reklamę?
Ok, zapamiętam to sobie...

 Był klasyczny Triumph Scrambler, było ciekawe Kawasaki Ninja 1000, była "odświeżona" Suzuki Vstrom 650, była nowa Hondzia NC 700, nostalgiczne Royale Enfieldy :).
 Dosiadłem, o ile można tak powiedzieć, trialówkę Bety. To jest kosmos, tego zawieszenia nie da się porównać z niczym innym!

 Olka też znalazła coś dla siebie :). Wypatrzyła stoisko w sektorze Kawasaki, gdzie na wielkim ekranie używając "niby" spraya można było pokolorować wirtualny motocykl. Wyniki wysłałem na mój profil FB. To był warunek żeby odebrać czapkę firmową w nagrodę :).

 Przymierzałem też młodą do mini bike'ów. Pięćdziesiątka Hondy zdała mi się lekko za mała a 110 Kawy z kolei o pół numeru na wyrost. W każdym razie nie wiem czy reflektuje na taką zabawkę a ja na siłę nic nie zamierzam robić.

 Do jednego wniosku doszedłem po tym jak już rozpłaszczyłem dupę na tych sprzętach co mnie interesowały. Nie ma dla mnie wygodniejszej pozycji do jazdy niż oferuje Kawasaki Versys. Dla niektórych to żadna niespodzianka bo odkąd ten motocykl wszedł na rynek, mocno mu kibicuję. W 2010 zrobili "gwałtowny" retusz nadwozia i teraz wygląda po prostu kusząco. Wersji z jednolitym czarnym malowaniem mógłbym nawet lizać wydech, serio!

Pzdr :).

na straganie w dzień targowy...
szpetna to ona nie jest
eksponat na stoisku Allstate
czapki z głów!
fajna ale "krowiasta"
Arai na "adventure" w sam raz
Scrambler zaskoczył mnie in minus niezbyt wygodną pozycją do jazdy
najniższy "golas" na jakim kiedykolwiek siedziałem
taka amerykańska Pannonia ;)
to malowanie Beemy mnie rozwaliło! Cuuudoooo...
nowość z Hondy - zgrabna siedemseta
miejsce na kask, jak w rasowym skuterze :)
plan oszczędnościowy Hondy
- dźwignię sprzęgła trzeba zamówić z katalogu akcesoriów ;P
... albo używać tej małej, szarej, miniaturowej <lol>
ni pies ni wydra... mi się podoba ale czy ktoś to kupi???
pstryczek elektryczek - dobre :)
Betka, fajnie byłoby mieć :)
na 50tke chyba już deczko przy duża...
...ale na 110tke?..
za to dla tatusia Versys jest jak uszyty na miarę :)
nummy nummy ;P
czarnuch
no i weź dziecko zainteresuj motorami...

Mika Ahola...


Czerwona Honda... Niezbyt częsty widok w klasie zawodników z najwyższej półki. Bródka i długie pióra też jakoś nie całkiem pasują do "ubłoconego rycerza". No i jego żółto czerwony strój... Tak go zapamiętam... Ale przede wszystkim jego arcypiękną, przekraczającą granicę za którą jest już tylko ujarzmiona brawura zarezerwowana dla elity, "Jazdę"...
 W sumie całkiem niedawno rozpływaliśmy się z Pawikem w zachwytach, gadając co on potrafi. A dziś Baran z taką wieścią...

 Ogłosił zakończenie kariery w momencie kiedy był na samym szczycie. Dla wielu było to niezrozumiałe. "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść" jak śpiewa Markowski... Mika wiedział...

 Jesienią ubiegłego roku rozpoczęły się testy nowych motocykli, spłodzonych od podstaw, przywołujące tym samym do życia markę JGas . Ahola miał być dla tego hiszpańskiego projektu siłą napędową i dającą gwarancję dobrego startu personą. I wszystko wydawało się być na najlepszej drodze do sukcesu...
 Jednak pewnego dnia, w pewnej sekundzie jego Anioł Stróż stracił go z oczu... Mika był za szybki... Poważny uraz jakiego doznał podczas jazd testowych, kończy się pobytem na oddziale intensywnej terapii i zabiegami, które mają uratować mu życie... Osłabiony organizm reaguje negatywnie na usunięcie nerki, które było w tej sytuacji koniecznością.

Mika Ahola umiera 15 stycznia w Barcelonie...

Mój Mistrzu! Nie żegnam Cię, mówię - do zobaczenia!!!


Mika Ahola
zdjęcia - befurious.com

--------------------------------------------------------------
AKTUALIZACJA:
Tych zdjęć nie zobaczycie nigdzie indziej! Pochodzą z prywatnej kolekcji Pawła, któremu dziękuję za jej udostępnienie.

Mika jadący po swoje ostatnie Mistrzostwo Świata!






Ciao Mika!

Z serii "trudne pytania" - ilość czy jakość?

Było nas siedemnastu, tylu się doliczyłem :). Niezła zgraja, chyba jeszcze takiej nie było. I mówcie co chcecie, a ja tam lubię takie spędy. A że nie zawsze wychodzi z tego konkretna jazda, to fakt. Z drugiej strony, zależy czym dla kogo jest "konkretna jazda". Osobiście jestem zadowolony jeśli można dobrze pogonić ale w przerwie zagadnąć, napić się wody czy bez sraczki zmienić baterię w kamerze. Na boczek też zawsze chętnie się skuszę :).
 Jak dla mnie może jechać, tak jak zeszłej niedzieli, nawet i ponad 15 osób. Grunt żeby karawana zbytnio się nie rozłaziła bo wtedy jest już gorzej. I to właśnie zadecydowało, że nie pojeździliśmy tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Trudno...

 W poprzedzający wieczór pracowałem nad rozbitym coverem, inaczej nie byłoby dla mnie wyjazdu. Dałem radę ale wycieki spod wyjścia przewodów ze statora jak były tak są, co za badziew ?! Bez silikonu nie da rady, trzeba będzie poprawiać fabrykę ;P.

zabieg
wysoko witaminizowana wieczerza u Proboszcza

Nie chciało mi się wierzyć jak Glaca powiedział, że na imprezę zdecydował się Jadzik. Myślałem, że postawił już kreskę na sprawie, długo trwało zanim się namyślił. Podobno pauzował bo motor miał przywalony workami z pszenicą... Jak biznes to biznes, panie...
 Zaniedbanie okupił mordęgą żeby to truchło odpalić. A jak już odpalił to chodziło jak chciało. No i jak zwykle potok pytań - "a cego sie dławi?", "a cego przygasa?". A "cego" nie przepalał przez pół roku???

szybciutki remoncik w trasie
(jakbym to był ja to nie ogonił bym się od obelg...)
na zrujnowane trzewiki też się znajdzie sposób :)

Na początku pełzaliśmy i już pierwszy większy podjazd zaskutkował półgodzinnym postojem. Zdjęcia, jazdy próbne Borowikowym cudem i "gadki szmatki". Potem w szeregu zbiórka, odliczenie - wszyscy są, jedziemy!

zawodnicy :)
Antek

Wpadliśmy na pierwszego singla i sytuacja podobna, część poleciała sprawnie a część utknęła prawie na wieki. Dojechaliśmy do Burma Rd i znowu piknik. Józek zabawiał jazdą na kole więc była chociaż jakaś atrakcja :). Z lasu dochodziły tylko jęki dwusuwa, któryś z chłopaków pewnie taplał się w jakimś bagnie, którego ja tam, szczerze mówiąc, nie zaobserwowałem. Decydujemy, że zostawiamy ogon i walimy swoim tempem.

cheeeeeese!!!

W następnym singlu ustawiam się na końcu stawki (nie wiem po kiego wała). Widzę, że jeden z amerykańców ma coś do zrobienia przy sprzęcie więc staję solidarnie za nim, nie wyprzedzam. Reszta odjeżdża gdzieś w siną dal, zaraz ich dogonimy. No, manetka dokręcona, jadziem!
 Wydarł jak wariat po tych kamieniach, powoli mi odskakiwał. Na dodatek popełniłem szkolny błąd kiedy podjeżdżałem pod taką małą, stromą górkę. Wyrwało mi moto spod dupska w kosmos. I już lecą "jeby", ludzi nie widać i nie wiadomo w którą stronę jechać. Jest jeszcze ze mną Góral na Jamasze, kręcimy się chwilę i spotykamy równie zagubionego jak my Borowika. Szukał kamerki bo mu ją zdarło z kasku. Na szczęście czekała na niego cierpliwie więc nie ma straty.
 Dzwonimy na dyżurkę, odbiera salowy Józek i umawiamy się na spotkanie. W międzyczasie dobija grupka spóźnialskich i znowu jesteśmy w pełnym składzie.
 Dojechaliśmy w okolice parkingu i... kręcenie się bez pomysłu. Jackson z nudów urywa mocowanie odmy w pokrywie zaworów. Numer z "zip ties", jak w większości przypadków, sprawdza się i naprawa nie trwa długo.

zbiegowisko przy Husce Jacksona
pan operator

Dobiega nas kiepska nowina - brak paliwa u jednego z dwusuwowców. Drapiemy się po głowach i jajach jak stare chłopy ale znajdujemy rozwiązanie. Przy autach czeka jeden z przegranych tego dnia i z jego "nieczynnego" motocykla upuszczamy "krwi".
 Krzątam się w centrum akcji ale kątem oka widzę zmarszczone czoła Glacy, Jadzika i Borowika. Dla nich to już za dużo, wołają mnie na stronę i domagają się odcięcia pępowiny. Znalazłem się między młotem a kowadłem. Z jednej strony wiedziałem, że taka jazda to nie jazda a z drugiej nie chciałem rozrywać peletonu. Wpadłem w depresję ale starałem się ukryć wszystko to co mną targa.
 Kask zakładałem z pięć minut, do motocykla podchodziłem parę razy, nie mogłem się zdecydować. Widziałem, że Borowik odjechał i stojąc na skraju lasu zjada mnie wzrokiem. Poddałem się, ruszyliśmy we czterech tak, że o mało klepisko się nie zapadło. Po dziesięciu minutach wiem, że trzeba było to zrobić. Pięknie wychodzi to zadośćuczynienie ze strony losu bo znajdujemy nowe, zajebiście piękne ścieżki! Borowikowi aż ślina skapuje spod kasku, nie może się nadziwić terenowi. Ja też mam wytrzeszcz jak raz po raz łapiemy klimat i jazda idzie jak z nut. Okazuje się, że nie więcej jak milę od asfaltówki jest taki fun, że dekiel zrywa z zachwytu!
 A wszystko to uwieczniam na "prosiaku" :). Wyszło by jeszcze fajniej gdybym nagrywał w 60 klatkach a nie 30 ale ze względu na baterię obrałem taką a nie inną strategię. Ale i to będzie niebawem opanowane bo już idą z Amazona nowe akumulatory do mojej bestii :).

gdzieś na odcinku specjalnym
test na plasyczność mięśni mimicznych twarzyska

Myślę, że tak z półtorej godziny nawijaliśmy cenne mile w tych sprzyjających okolicznościach. Wróciliśmy pod auto gdzie wsiadłem by osobiście przetestować Borowikową furę. Pojechaliśmy z Glacą w stronę góry przy Walmarcie.
 Trochę z rezerwą podchodziłem do tego sprzęta bo to przecież 300 w dwutakcie! Okazało się, że motor daje się zadziwiająco łatwo kontrolować a jednocześnie ma zapas brutalnej mocy jeśli ktoś chciałby z tego skorzystać. Dojeżdżając do przeszkody wystarczy energiczniej przeciągnąć po gazie a przeskoczysz to jak przczółka przeskakuje z kwiatuszka na kwiatuszek :). Skrzynię ma zestopniowaną jak trzeba z tym, że skok dźwigni wydał mi się nienaturalnie duży. Hamulce bez zarzutu. To co mnie urzekło to zawiecha. Na prędkości parę razy najechałem na spore kamienie a odczułem tylko głuche stłumienie i niewielką reakcję kierownicy, pięknota. Tak można jeździć! Mój koń zareagowałby o wiele nerwowiej, jestem tego pewien. Dlatego obiecałem sobie, że wkrótce będę trenować podwozie w moim czempionie.

 To by było na tyle, spotykamy się za tydzień, panowie! :)

Tomcio i Góral przy załadunku
"wzięło i odpadło" ;P


P.S. Do autorów głuchych telefonów i smsów z pogróżkami - materiał MUSI trafiać na stronę z tygodniowym opóźnieniem bo brakuje mi czasu. Dopiero w ten weekend, podpierając się chmielem, mogłem to ruszyć. Pzdr!