Mała podpowiedź - to co tutaj, jest już mocno nieaktualne...
Obiło mi się o uszy, że David wykombinował coś, czego niewielu się spodziewało. Ale to dobrze. Zamieszanie czasami jest wskazane bo przeciwdziała nudzie i krzyżuje plany hazardzistom :).
Druga refleksja jest taka, że po strąceniu go z piedestału światowego czempionatu, David poszukuje środka, żeby móc zrobić wielki come back. Będzie mu bardzo ciężko biorąc pod uwagę, że jego "kat" dysponuje wyborną formą, a sukcesy jakie osiąga tworzą obraz jego niepodważalnej pozycji na arenie endurocross. Mowa oczywiście o niejakim Tadeuszu B. na którego też czyha wiele pułapek. Jeśli scenariusz z jego dominacją zacznie się powtarzać co sezon to (chociaż z całego serca mu tego nie życzę) może Tadka spotkać niemiła sytuacja zwana efektem "bij mistrza". Doświadczyło tego wielu wybitnych sportowców (w tym David Knight) a ich kariery zdegradowane zostały do miana największych wpadek... Ale nie o tym przecież mieliśmy...
Knighter ma pomysł. Obserwujmy i kibicujmy temu utalentowanemu motocykliście. Niech dowiedzie, że nie powiedział ostatniego słowa. Zacieram ręce na sezon 2013, może być ciekawie :).
A co Wy na to, że >David pojedzie na czerwono<?
Polskie manuale od KTM!
To nie żart, pomarańczowi zrobili ukłon w stronę polskiego użytkownika i wydali w wersji elektronicznej manuale w naszym języku. Co ciekawe, tłumaczone (nie do końca perfekcyjnie) są też materiały dla modeli z rynku amerykańskiego a to już ociera się o sensację ;P. Do tej pory z powodzeniem posługiwałem się tym co było, czyli anglojęzycznymi oryginałami ale fakt wydania tychże w innych wersjach jest wielkim plusem dla firmy. Brawo!
>Link do strony z instrukcjami<
Nie wiem kiedy zostało to uploadowane i może się okazać, że dla niektórych nie jest to żadna nowość... Wszystko jedno, taki gest należy pochwalić :).
>Link do strony z instrukcjami<
Nie wiem kiedy zostało to uploadowane i może się okazać, że dla niektórych nie jest to żadna nowość... Wszystko jedno, taki gest należy pochwalić :).
![]() |
| dobre, dobre ;P teraz i "skośni" mają wygodę |
Posted by
Radek
at
11/27/2012 06:35:00 PM
Gollob w SuperEnduro?
Szykuje się coś naprawdę niespodziewanego i ciekawego. W łódzkiej odsłonie FIM SuperEnduro Championship 2013 wystartuje prawdopodobnie Tomasz Gollob! Myślę, że jest to nazwisko znane nie tylko w środowisku sportów motorowych, niemniej przypomnę, że mówimy o Indywidualnym Mistrzu Świata na Żużlu z roku 2010. Postać tyle ceniona co nieodgadniona, przy tym zawodnik z wielkim bagażem osiągnięć. Mimo wszystko chęć zmierzenia się z takimi sławami offroadu jak Doug Lampkin, Jonny Walker czy wreszcie z naszym asem eksportowym Tadkiem Błażusiakiem jest dosyć zaskakująca, nawet biorąc pod uwagę to, że nasz bohater zapowiada potraktować to na luzie i dla zabawy. Jestem ciekaw czy będzie to regularne uczestnictwo czy zrobi kilka okrążeń jako gość specjalny, dla publiki i sponsorów ;). W każdym razie patrząc na materiał wideo jaki znalazłem w sieci, sądzę, że będzie to rodzaj przetarcia, nauki i możliwości doświadczenia w tego typu zawodach, żeby ewentualnie w przyszłości móc pościgać się w tej dyscyplinie na serio.
Na początek nie będzie mu łatwo. Wygląda na to, że ma zamiar wystartować na tej Hondziance po paru jazdach na kamieniu, gdzie jak sam powiedział, jest praktycznie pierwszy raz. No ale cóż, wygrać nie wygrać, poszaleć można :). Takim znowu kompletnym nowicjuszem Tomek przecież nie jest. W młodości z powodzeniem ścigał się w Mistrzostwach Polski Motocross, dlatego znając jego charakter i wrodzone predyspozycje spodziewać się można, że łatwo skóry nie sprzeda, a jak będzie zobaczymy:).
Gollob powinien wystartować choćby z jednego ważnego powodu - mógłby przy okazji ambicjonalnie podejść Tadka i namówić go na parę rundek na żużlówce! Oj działoby się, oj działo!
Zaświtało jeszcze w mojej głowie fantasty, że może team Tomasza przy okazji wizyty w Kalifornii pofatygowałby się na wschodnie wybrzeże? Jest tu parę (co prawda popierdółek ale jednak) żużlowych owali więc może... Będę żyć tą nadzieją ;P.
zdjęcia Paweł Wilczyński, źródło espeedway.pl
---------------------------------------------
AKTUALIZACJA 21 listopada:
Garść nowych faktów wprost z serwisu espeedway.pl:
"Tomasz Gollob w piątek odbył debiutanckim treningu w SuperEnduro. Zawodnik eSpeedway Team nie przebierał w słowach oglądając tor, z którym miał się zmierzyć. Żużlowego mistrza świata na trening do Łodzi zaprosił Andrzej Andrzejak, organizujący zawody cyklu FIM SuperEnduro World Championship, które 8 grudnia odbędą się w Atlas Arenie.
Gollob ma w nich wystąpić w biegu pokazowym. – A koledzy z crossu tak dziwnie się śmiali, kiedy powiedziałem, że zamierzam podjąć to wyzwanie. Zaproponowałem, że zabiorę ich ze sobą. Nie chcieli. „Jedź sobie", mówili kpiącym głosem. Teraz już wiem, o co im chodziło – kręcił głową Tomasz Gollob.
– Ale nie uciekniesz? – dopytywał Andrzejak. – Aż taki płochliwy to ja nie jestem – odparł Tomek Gollob i zaczął kopać butem w jedną z dwóch prostokątnych wanien z blachy. To tak zwana trumna. I największy problem dla Tomasza Golloba – ze względu na nisko umieszczone elementy motocykla, w tym silnik. – Na motocyklu zbudowanym z identycznych części wygrywa się mistrzostwa Europy w crossie. Do tej zabawy może nie wystarczyć. Nie będę jednak pożyczał sprzętu, bo najlepiej czuję się na swoim. Na innym mógłbym sobie zrobić krzywdę – zaznaczył. Zanim z busa wyjął swoją Yamahę, naciągnął długie, czarne skarpety z logo Monstera, założył ochraniacze i włożył kolorowy trykot z numerem 140 i herbem Stali Gorzów. – Zapomniałem nałokietników, ale będę ostrożny. Przede mną Grand Prix i liga – stwierdził.
Ruszył wyjątkowo dynamicznie. Kiedy jednak przed jego oczami wyrosła pierwsza, mierząca 180 cm góra ziemi usypana na betonowym pierścieniu, upadł. – To działa na wyobraźnię. Człowiek jedzie, a nagle przed nim staje mur. Nawet największy śmiałek może poczuć strach – tłumaczy Andrzejak. W treningu mieli wziąć udział bokser Przemysław Saleta i aktor Piotr Zelt. Gdy obaj zobaczyli, z czym mieliby się zmierzyć, to odpuścili. – Spokojnie, Tomek. Najpierw opanuj jeden element, a potem weź się za następne. Trumnę omijaj – krzyczał Andrzejak do Tomasza Golloba, a ten zabierał się za drugie podejście do wysokiej na 1,80 m przeszkody. Wybił się w powietrze, dodał gazu i przeleciał swobodnie na drugą stronę."
Wywiad w telewizji śniadaniowej:
Posted by
Radek
at
11/17/2012 10:08:00 AM
Późna jesień na kaktusowym polu - Hammer Run
Spodziewaliśmy się niskich temperatur ale nie wiedzieliśmy jak to się będzie miało do noclegu, jaki zabezpieczyliśmy sobie w ramach skromnego budżetu przewidzianego na Hammer Run. No i prawda jest taka, że trochę dało nam po dupie :|.
Padło pytanie czemu impreza organizowana jest dopiero w listopadzie. Może to kolizja terminów, może "zieloni" mieli coś do tego, nie wiadomo. Na pewno nie interesowało to tych, którzy przyjechali domami na kółkach. Tam mieli prąd, ciepłą wodę i kolorowe telewizory. My za to śpiwory, podwójne kalesony, spirytus oraz kawałek podłogi w Baranowozie i przyczepce towarowej z Uhaul'a. Zaserwowaliśmy sobie typowo staropolskie klimaty. Nie pierwszy raz zresztą ;).
Zjechało się sporo wiary ale ciężko określić ilu było wszystkich. W każdym razie widać, że jest to popularny rajd. To, że jego data prawie zbiegła się z "wizytą" huraganu Sandy z pewnością niekorzystnie wpłynęło na frekwencję. Gdyby nie to, armia riderów byłaby dużo okazalsza.
W sumie braliśmy pod uwagę, że możemy być jednymi z nielicznych. I przyjdzie ścigać się wokoło drzewa z garstką podobnych nam przygłupów. No bo kto inny jak nie przygłup, kiedy ścisnął kryzys i każda kropla paliwa jest na wagę złota, jedzie wypalać etylinę bez żadnego zbożnego celu??? Skandal!!! ;P
Piątkowy wieczór przedłużył się znacznie. Nie umknęło to uwadze sąsiadów, bo pierwsze pytanie jakie rano zastaliśmy to - "bezsenna noc, co chłopaki?". No ale jak tu pójść spać o ludzkiej porze, kiedy stos życiowych tematów aż prosi się o przedyskutowanie. I dopóki było jeszcze coś na dnie butelki, dyskutowaliśmy. O determinacji niech świadczy fakt, że musieliśmy przy tym stać na baczność bo usiąść nie było na czym. Myślę, że krzesełka były zadowolone z faktu, że o nich zapomnieliśmy. Zimna i wietrzna noc pod naporem tłustych dup to nie to samo co "czilowanie" w ciepłym garażyku ;P.
Gdzieś pewnie koło drugiej zdecydowaliśmy się przepatrolować teren w okolicy obozowego ogniska. Zastaliśmy zgliszcza i trochę puszek po piwie. Popatrzyliśmy jak wół na malowane wrota i zawrotka. Odchodząc podjęliśmy jedno ważne postanowienie - wrócimy tu jutro, kiedy będzie grać muzyka :).
Efekt zbyt nagłego poranka - baterie w organiźmie wyczerpane do zera :(. Rozmazany obraz i wirówka w głowie nie pozwalały na delektowanie się podniosłą atmosferą zlotu w stu procentach. Mimo to zaczęliśmy powoli zbierać się do dzieła.
Pierwsi do okienek rejestracyjnych wyskoczyli Baran z Borowikiem. Wrócili z minami jakby zabrano im całe szczęście z ich życia.
- "Przejebane, sprawdzają wszystko..."
No to pozamiatane, przynajmniej dla niektórych. Ja nie miałem prawka na motor ani dowodu rejestracyjnego. Jędrek miał na sumieniu jeszcze brak ubezpieczenia. Zebraliśmy plik kwitów jakimi poratowali koledzy i niepewnym krokiem, ze spuszczonymi głowami ruszyliśmy ku świdrującemu wzrokowi "złego człowieka", od którego zależało nasze "być albo nie być". Przygotowałem sobie przemowę, na wypadek jeśli "zły człowiek" skarciłby mnie za "niemanie". Sprawa była prosta:
- "Szanowny Panie, jestem prawdziwym motórzystą i wiem jak się zachowywać na trasie, a to powinno wystarczyć."
I o dziwo, wystarczyło! Musiałem tylko odpowiedzieć na pytanie czy nie mam prawka na motocykl. Krótkie "noł" i lekko zafrasowany posterunkowy maluje mi czerwonym pisakiem na formularzu znaczek na wagę uczestnictwa w Hammer Run!
W Jędrka przypadku "noł" trzeba było powtórzyć trzy razy i ..."włala" :D.
Ścieżka zaczynała się bezpośrednio z polany w lesie. Ruszyliśmy gęsiego tak szybko jak umieliśmy. Inaczej nie potrafimy ;). Miałem wrażenie, że drzewostan jest dwa razy liczebniejszy niż w rzeczywistości i czułem jak sinieją mi usta. Ale co innego mogłem zrobić niż spierdalać przed kimś, kto był za mną? Tym bardziej, że Piter naciskał jakby miał zamiar rozjechać mnie niczym rozdeptać kakrocia ;P.
Trasy to po prostu profeska. Teraz już wiem, że każda coroczna impreza ma takie właśnie kapitalne szlaki. To samo było w Hancock na Quarry Run. Jedynie oznaczenia po odcinkach dojazdowych mogły być lepsze. Przez te liche znaczniki i moje niedopatrzenie zboczyłem asfaltówką ze trzy mile. I mimo, że byłem chwilę przed chłopakami to potem musiałem ich ścigać. Spotkaliśmy się na jakimś postoju ale szczegółów nie pamiętam.
Po drodze musieliśmy oczywiście walczyć z usterkami. Piter roztrzaskał lampę na drzewie co przyniosło zwarcie w instalacji i palenie bezpiecznika od startera. Tomek złapał flaka z przodu i dochodzę do wniosku, że on pewnie myśli sobie, że "jazda bez flaka jest byle jaka." Tak często mu się to zdarza, że nie fair byłoby przypisywać to pechowi. To musi być planowane ;).
Borowik za to popisał się defektem stulecia :). Zdzierało mu oponę z obręczy! Ratowali nas "sweeperzy" i to dwojako. Pomogli przy gumie oraz oddali znaleziony GPS Pitra. Szacunek dla nich!
Pierwszy dzień byłby w porządku gdyby nie to, że do południa chlupało mi we łbie. Całe szczęście, że zapas gorzałki skończył się w odpowiednim momencie poprzedniej nocy. Drugiego wieczora zostało po piwku, potem lekka poprawka na zbiorowym ognisku (z beki leciała już tylko piana) i koniec, bez szaleństw.
Baransky nie byłby sobą, gdyby nie zagadał z każdym kto był w zasięgu jego wzroku. Upatrzył sobie brygadę, twierdząc, że to muszą być "krajowi". Widać było, że ta jego ciekawość zżera go okrutnie. Nie było wyjścia, poszczuliśmy nim biednych nieznajomych. Baran miał nosa i wyszło, że faktycznie, ludzie są z Mielca i dobrze się bawią :). Pozdrawiamy! I mam nadzieję, że pozostał po tym spotkaniu jakiś namiar na nich, całkiem fajnie byłoby w przyszłości coś zaplanować :).
Warto wspomnieć, że miłym akcentem była grająca na żywo kapela rockowa. Zapodali dużo klasycznych kawałków, a noga sama dygała w rytm. Na solo harmonijkowe wparował na scenę jeden z uczestników rajdu. Można powiedzieć, że był to najlepszy muzyk wsród motocyklistów i najlepszy motocyklista wśród muzyków ;). Skończyli entuzjastycznie przyjętym "Cocaine" i zamknęli wieczór życzeniami bezpiecznej jazdy następnego dnia.
Problem zimna pojawił się dla mnie gdzieś koło czwartej nad ranem. Moje styropianowe łoże i solidny śpiwór nie podołały gdy na zewnątrz temperatura spadła do -2°C. Dzwoniłem zębami jeszcze ze dwie godziny aż przyszła pora wstać.
Dobrze, że Tomuś zabrał ze sobą legendarny "kociołek". Najprostsze jedzenie na świecie podane na ciepło postawiło nas na nogi. W ogóle całkiem inny dzień się szykował bo odchodziła walka z kacem. Jedynie Borowik miał problem z ubitą ręką, kontuzjowaną od wczoraj. Poniewierał się gdzieś na trasie i pozostała po tym bania powyżej nadgarstka.
Piotrek na szybko wstawiał klocki hamulcowe na przód, które posiał gdzieś w lesie. Dobrze, że zabrał worek części ze sobą, inaczej miałby "ślepy hebel" ;).
Tomek zaplanował wypróbować jak jego nowa Kuśka, za którą dał naprawdę niewiele, będzie się sprawować w tych warunkach. Chłop był tak zaaferowany, że wyprowadził nas na manowce już na samym początku. Zacząłem drzeć mordę, że jedziemy szlakiem gdzie nie ma strzałek. Za chwilę zawróciliśmy obierając właściwy kierunek.
Nie ujechaliśmy daleko bo zesrało się łożysko w tylnej piaście u Jędrka. Szczęście w nieszczęściu, że byliśmy niedaleko od placu parkingowego. Miał wrócić, zabrać koło z Tomkowego "Kata" i jakoś nas dogonić. Zrobił dobrą robotę bo na postoju z hot dogami byliśmy już w pełnym składzie. Przepraszam, nie do końca. Borowik, jak to Borowik, wystrzelił i nie oglądając się na nas doczepił się do jakiegoś obcego ridera. Podobno było im razem jak w niebie :].
Takiej jazdy jak w drugi dzień Hammera chyba jeszcze nie miałem. Większość loopa jechaliśmy we trzech - Piter, Tomek i ja. Stara gwardia nie odpuszczała młodzikowi nic a nic, czym chyba był troszeczkę zaskoczony :).
Praktycznie nie zatrzymywaliśmy się ani na chwilę. No chyba, że sytuacja tego wymagała, np. przygasł motor Pitra i trzeba było go kopać.
Wgryzaliśmy się w te świetnie wyjeżdżone bandy, trzymając bardzo równe i szybkie tempo. Co można więcej powiedzieć - rewelacja! Na koniec miska roześmiana i przybicie piąteczki za genialną współpracę. To jest to!!!
Nawet wczoraj (dwa dni po imprezie) cmokaliśmy z Tomciem na to co było. To uzależnia!!!
Po powrocie miał być zmontowany filmik. Chciałbym w tym momencie uciąć wszelkie spekulacje na ten temat - filmiku nie będzie, a już tłumaczę dlaczego. Niestety zawiódł mój zmysł technika. Niewydolność zestawu GoPro nie była winą słabego styku karty pamięci, podejrzanej baterii czy sił nadprzyrodzonych, jak przypuszczałem. Namieszałem sam w ustawieniach kamery. Ostatnio zainstalowałem najnowsze a zarazem rewolucyjne oprogramowanie wewnętrzne dla HERO 2. Zawiera ono profil Protune i tu właśnie jest pies pogrzebany. Kusi on swoim potencjałem, na co i ja dałem się nabrać. W rzeczywistości prawie podwojony strumień przesyłu danych nie przynosi rewelacyjnych rezultatów jeśli chodzi o jakość obrazu, za to zwiększa wymagania dla kart pamięci. Dlatego moja karta totalnie wysypała się podczas Hammera. Bitrate Protune'owego wideo oscyluje w granicach 35 MB/s a wydolność pamięci flash to w porywach 30 MB/s. Nie ma cudów, tu nawet Salomon nie pomoże. Na nową HERO 3 spojrzę więc chłodnym okiem, nie ma co się napalać. Jeśli Protune ma być jego siłą napędową, a kosmiczne rozdzielczości nieuchwytne dla kart, to ja poczekam raczej na jakąś rewolucję. Jak wydawać pieniądze to na rzeczy wartościowe a nie gówno w pazłotku... Temat mam na tapecie i będę drążyć...
Things to do:
- Rozejrzeć się dobrze w kalendarzu na 2013 czy nie ma podobnych imprez na przestrzeni całego roku.
- Brać na serio przygotowywanie sprzętu do każdego takiego wypadu, bo za olewkę słono się później płaci (a już odpowiednie przednie opony to podstawa ;P).
- Dopracować scenariusz na wypad wypożyczonym camperem.
- Godnie gospodarować czasem i planami rodzinnymi aby urwanie się z domu na cały weekend nie było gorzką pigułką dla familii.
- Podjąć walkę z alkoholozmem.
Czas spędzony na kaktusowym polu uważam za zajebiście satysfakcjonujący. Dzięki chłopaki!
Wszystkim dedykuję piosenkę, której melodia zapadła nam wszystkim głęboko w pamięć. Trzeba przyznać, że Baran ma szeroki repertuar, tyle, że z niego nie korzysta. Za to potrafi przekonać całe otoczenie do jednego kawałka. Mi to wygwizdywane "o o o o - oł" do dziś huczy w łepetynie...
AKTUALIZACJA:
Sytuacja jaka przydarzyła się gościowi w filmiku, który wsadziłem kilka postów wcześniej miała miejsce także na Hammerze. Znaczy się, popularność rodzi zazdrość a naśladownictwo jest jednym ze sposobów na lans. Nie, no sorry, czarnym humorem pojechałem :/. Jak na to patrzę to mnie giemba swędzieć zaczyna.
Przyjąć kikuta na policzek się da, jak widać. Ale jakby to miało być (tfu!!) oko, to nie daj Bóg. Bez gogli się nie ruszam i chcę jak najszybciej zapomnieć, że czasami je zdejmowałem :/.
Padło pytanie czemu impreza organizowana jest dopiero w listopadzie. Może to kolizja terminów, może "zieloni" mieli coś do tego, nie wiadomo. Na pewno nie interesowało to tych, którzy przyjechali domami na kółkach. Tam mieli prąd, ciepłą wodę i kolorowe telewizory. My za to śpiwory, podwójne kalesony, spirytus oraz kawałek podłogi w Baranowozie i przyczepce towarowej z Uhaul'a. Zaserwowaliśmy sobie typowo staropolskie klimaty. Nie pierwszy raz zresztą ;).
![]() |
| oni |
![]() |
| my |
Zjechało się sporo wiary ale ciężko określić ilu było wszystkich. W każdym razie widać, że jest to popularny rajd. To, że jego data prawie zbiegła się z "wizytą" huraganu Sandy z pewnością niekorzystnie wpłynęło na frekwencję. Gdyby nie to, armia riderów byłaby dużo okazalsza.
W sumie braliśmy pod uwagę, że możemy być jednymi z nielicznych. I przyjdzie ścigać się wokoło drzewa z garstką podobnych nam przygłupów. No bo kto inny jak nie przygłup, kiedy ścisnął kryzys i każda kropla paliwa jest na wagę złota, jedzie wypalać etylinę bez żadnego zbożnego celu??? Skandal!!! ;P
![]() |
| plac parkingowy obok lasu |
![]() |
| szef kuchni poleca - kiełbasa la Borowik |
![]() |
| obrady |
Gdzieś pewnie koło drugiej zdecydowaliśmy się przepatrolować teren w okolicy obozowego ogniska. Zastaliśmy zgliszcza i trochę puszek po piwie. Popatrzyliśmy jak wół na malowane wrota i zawrotka. Odchodząc podjęliśmy jedno ważne postanowienie - wrócimy tu jutro, kiedy będzie grać muzyka :).
Efekt zbyt nagłego poranka - baterie w organiźmie wyczerpane do zera :(. Rozmazany obraz i wirówka w głowie nie pozwalały na delektowanie się podniosłą atmosferą zlotu w stu procentach. Mimo to zaczęliśmy powoli zbierać się do dzieła.
Pierwsi do okienek rejestracyjnych wyskoczyli Baran z Borowikiem. Wrócili z minami jakby zabrano im całe szczęście z ich życia.
- "Przejebane, sprawdzają wszystko..."
No to pozamiatane, przynajmniej dla niektórych. Ja nie miałem prawka na motor ani dowodu rejestracyjnego. Jędrek miał na sumieniu jeszcze brak ubezpieczenia. Zebraliśmy plik kwitów jakimi poratowali koledzy i niepewnym krokiem, ze spuszczonymi głowami ruszyliśmy ku świdrującemu wzrokowi "złego człowieka", od którego zależało nasze "być albo nie być". Przygotowałem sobie przemowę, na wypadek jeśli "zły człowiek" skarciłby mnie za "niemanie". Sprawa była prosta:
- "Szanowny Panie, jestem prawdziwym motórzystą i wiem jak się zachowywać na trasie, a to powinno wystarczyć."
I o dziwo, wystarczyło! Musiałem tylko odpowiedzieć na pytanie czy nie mam prawka na motocykl. Krótkie "noł" i lekko zafrasowany posterunkowy maluje mi czerwonym pisakiem na formularzu znaczek na wagę uczestnictwa w Hammer Run!
W Jędrka przypadku "noł" trzeba było powtórzyć trzy razy i ..."włala" :D.
![]() |
| zaraz odjazd! |
Ścieżka zaczynała się bezpośrednio z polany w lesie. Ruszyliśmy gęsiego tak szybko jak umieliśmy. Inaczej nie potrafimy ;). Miałem wrażenie, że drzewostan jest dwa razy liczebniejszy niż w rzeczywistości i czułem jak sinieją mi usta. Ale co innego mogłem zrobić niż spierdalać przed kimś, kto był za mną? Tym bardziej, że Piter naciskał jakby miał zamiar rozjechać mnie niczym rozdeptać kakrocia ;P.
Trasy to po prostu profeska. Teraz już wiem, że każda coroczna impreza ma takie właśnie kapitalne szlaki. To samo było w Hancock na Quarry Run. Jedynie oznaczenia po odcinkach dojazdowych mogły być lepsze. Przez te liche znaczniki i moje niedopatrzenie zboczyłem asfaltówką ze trzy mile. I mimo, że byłem chwilę przed chłopakami to potem musiałem ich ścigać. Spotkaliśmy się na jakimś postoju ale szczegółów nie pamiętam.
Po drodze musieliśmy oczywiście walczyć z usterkami. Piter roztrzaskał lampę na drzewie co przyniosło zwarcie w instalacji i palenie bezpiecznika od startera. Tomek złapał flaka z przodu i dochodzę do wniosku, że on pewnie myśli sobie, że "jazda bez flaka jest byle jaka." Tak często mu się to zdarza, że nie fair byłoby przypisywać to pechowi. To musi być planowane ;).
Borowik za to popisał się defektem stulecia :). Zdzierało mu oponę z obręczy! Ratowali nas "sweeperzy" i to dwojako. Pomogli przy gumie oraz oddali znaleziony GPS Pitra. Szacunek dla nich!
Pierwszy dzień byłby w porządku gdyby nie to, że do południa chlupało mi we łbie. Całe szczęście, że zapas gorzałki skończył się w odpowiednim momencie poprzedniej nocy. Drugiego wieczora zostało po piwku, potem lekka poprawka na zbiorowym ognisku (z beki leciała już tylko piana) i koniec, bez szaleństw.
Baransky nie byłby sobą, gdyby nie zagadał z każdym kto był w zasięgu jego wzroku. Upatrzył sobie brygadę, twierdząc, że to muszą być "krajowi". Widać było, że ta jego ciekawość zżera go okrutnie. Nie było wyjścia, poszczuliśmy nim biednych nieznajomych. Baran miał nosa i wyszło, że faktycznie, ludzie są z Mielca i dobrze się bawią :). Pozdrawiamy! I mam nadzieję, że pozostał po tym spotkaniu jakiś namiar na nich, całkiem fajnie byłoby w przyszłości coś zaplanować :).
Warto wspomnieć, że miłym akcentem była grająca na żywo kapela rockowa. Zapodali dużo klasycznych kawałków, a noga sama dygała w rytm. Na solo harmonijkowe wparował na scenę jeden z uczestników rajdu. Można powiedzieć, że był to najlepszy muzyk wsród motocyklistów i najlepszy motocyklista wśród muzyków ;). Skończyli entuzjastycznie przyjętym "Cocaine" i zamknęli wieczór życzeniami bezpiecznej jazdy następnego dnia.
![]() |
| rock n roll NOT DEAD! |
![]() |
| obróbka cieplna pupci |
Problem zimna pojawił się dla mnie gdzieś koło czwartej nad ranem. Moje styropianowe łoże i solidny śpiwór nie podołały gdy na zewnątrz temperatura spadła do -2°C. Dzwoniłem zębami jeszcze ze dwie godziny aż przyszła pora wstać.
Dobrze, że Tomuś zabrał ze sobą legendarny "kociołek". Najprostsze jedzenie na świecie podane na ciepło postawiło nas na nogi. W ogóle całkiem inny dzień się szykował bo odchodziła walka z kacem. Jedynie Borowik miał problem z ubitą ręką, kontuzjowaną od wczoraj. Poniewierał się gdzieś na trasie i pozostała po tym bania powyżej nadgarstka.
Piotrek na szybko wstawiał klocki hamulcowe na przód, które posiał gdzieś w lesie. Dobrze, że zabrał worek części ze sobą, inaczej miałby "ślepy hebel" ;).
![]() |
| polarnik w naturalnym środowisku ;) |
![]() |
| ... a ten mówi, że mu tak wygodnie :D |
![]() |
| bez kociołka ani rusz |
![]() |
| w tych warunkach lizanie grozi przylepieniem! |
![]() |
| szybki remoncik :) |
![]() |
| tego chłopca lepiej ubierać niż żywić... |
Tomek zaplanował wypróbować jak jego nowa Kuśka, za którą dał naprawdę niewiele, będzie się sprawować w tych warunkach. Chłop był tak zaaferowany, że wyprowadził nas na manowce już na samym początku. Zacząłem drzeć mordę, że jedziemy szlakiem gdzie nie ma strzałek. Za chwilę zawróciliśmy obierając właściwy kierunek.
Nie ujechaliśmy daleko bo zesrało się łożysko w tylnej piaście u Jędrka. Szczęście w nieszczęściu, że byliśmy niedaleko od placu parkingowego. Miał wrócić, zabrać koło z Tomkowego "Kata" i jakoś nas dogonić. Zrobił dobrą robotę bo na postoju z hot dogami byliśmy już w pełnym składzie. Przepraszam, nie do końca. Borowik, jak to Borowik, wystrzelił i nie oglądając się na nas doczepił się do jakiegoś obcego ridera. Podobno było im razem jak w niebie :].
Takiej jazdy jak w drugi dzień Hammera chyba jeszcze nie miałem. Większość loopa jechaliśmy we trzech - Piter, Tomek i ja. Stara gwardia nie odpuszczała młodzikowi nic a nic, czym chyba był troszeczkę zaskoczony :).
Praktycznie nie zatrzymywaliśmy się ani na chwilę. No chyba, że sytuacja tego wymagała, np. przygasł motor Pitra i trzeba było go kopać.
Wgryzaliśmy się w te świetnie wyjeżdżone bandy, trzymając bardzo równe i szybkie tempo. Co można więcej powiedzieć - rewelacja! Na koniec miska roześmiana i przybicie piąteczki za genialną współpracę. To jest to!!!
Nawet wczoraj (dwa dni po imprezie) cmokaliśmy z Tomciem na to co było. To uzależnia!!!
![]() |
| zmotoryzowana dzicz ;P |
![]() |
| XD |
![]() |
| amerykańska kuchnia polowa |
![]() |
| wbrew pozorom tu nie trzeba stać w kolejce :D |
Po powrocie miał być zmontowany filmik. Chciałbym w tym momencie uciąć wszelkie spekulacje na ten temat - filmiku nie będzie, a już tłumaczę dlaczego. Niestety zawiódł mój zmysł technika. Niewydolność zestawu GoPro nie była winą słabego styku karty pamięci, podejrzanej baterii czy sił nadprzyrodzonych, jak przypuszczałem. Namieszałem sam w ustawieniach kamery. Ostatnio zainstalowałem najnowsze a zarazem rewolucyjne oprogramowanie wewnętrzne dla HERO 2. Zawiera ono profil Protune i tu właśnie jest pies pogrzebany. Kusi on swoim potencjałem, na co i ja dałem się nabrać. W rzeczywistości prawie podwojony strumień przesyłu danych nie przynosi rewelacyjnych rezultatów jeśli chodzi o jakość obrazu, za to zwiększa wymagania dla kart pamięci. Dlatego moja karta totalnie wysypała się podczas Hammera. Bitrate Protune'owego wideo oscyluje w granicach 35 MB/s a wydolność pamięci flash to w porywach 30 MB/s. Nie ma cudów, tu nawet Salomon nie pomoże. Na nową HERO 3 spojrzę więc chłodnym okiem, nie ma co się napalać. Jeśli Protune ma być jego siłą napędową, a kosmiczne rozdzielczości nieuchwytne dla kart, to ja poczekam raczej na jakąś rewolucję. Jak wydawać pieniądze to na rzeczy wartościowe a nie gówno w pazłotku... Temat mam na tapecie i będę drążyć...
Things to do:
- Rozejrzeć się dobrze w kalendarzu na 2013 czy nie ma podobnych imprez na przestrzeni całego roku.
- Brać na serio przygotowywanie sprzętu do każdego takiego wypadu, bo za olewkę słono się później płaci (a już odpowiednie przednie opony to podstawa ;P).
- Dopracować scenariusz na wypad wypożyczonym camperem.
- Godnie gospodarować czasem i planami rodzinnymi aby urwanie się z domu na cały weekend nie było gorzką pigułką dla familii.
- Podjąć walkę z alkoholozmem.
Czas spędzony na kaktusowym polu uważam za zajebiście satysfakcjonujący. Dzięki chłopaki!
Wszystkim dedykuję piosenkę, której melodia zapadła nam wszystkim głęboko w pamięć. Trzeba przyznać, że Baran ma szeroki repertuar, tyle, że z niego nie korzysta. Za to potrafi przekonać całe otoczenie do jednego kawałka. Mi to wygwizdywane "o o o o - oł" do dziś huczy w łepetynie...
![]() |
| kaktusowe pole - tu byłem :) |
![]() |
| tą jadalnię odwiedzali już "nasi" |
![]() |
| Thumbs Up for Hammer Run!!! |
AKTUALIZACJA:
Sytuacja jaka przydarzyła się gościowi w filmiku, który wsadziłem kilka postów wcześniej miała miejsce także na Hammerze. Znaczy się, popularność rodzi zazdrość a naśladownictwo jest jednym ze sposobów na lans. Nie, no sorry, czarnym humorem pojechałem :/. Jak na to patrzę to mnie giemba swędzieć zaczyna.
Przyjąć kikuta na policzek się da, jak widać. Ale jakby to miało być (tfu!!) oko, to nie daj Bóg. Bez gogli się nie ruszam i chcę jak najszybciej zapomnieć, że czasami je zdejmowałem :/.
Posted by
Radek
at
11/07/2012 11:45:00 AM
Wkrótce zmiany!
Ogłoszenie duszpasterskie:
Prawdopodobnie za parę dni blog zostanie przeniesiony na inny serwer a jego adres ulegnie zmianie. Nowy jest krótszy i łatwiejszy do zapamiętania:
Informuję o tym wcześniej, bo całość bazy postów i nakładka graficzna będzie wyeksportowana do formatu WordPress. Myślę, że Blogspot pozostanie, tyle, że albo będzie automatyczne przekierowanie albo informacja, gdzie należy się udać aby być na bierząco.
Odnośnie wybranej domeny - czemu rozszerzenie "pl"? Mogło być przecież ogólne "net" albo najbardziej uniwersalne "com". Jest to ukłon w stronę mojej własnej tożsamości :). Mówię po polsku, piszę po polsku i myślę po polsku (a moja córka np. mówi przez sen po angielsku). I nawet jeśli przyjdzie zostać na amerykańskiej ziemii do kresu żywota, niewiele się zmieni. "Starych drzew się nie przesadza" - jak mówi mądre przysłowie. I choć mam ambicje oraz plany związane z miejscem w którym jestem, to właśnie ta świadomość przynależności podpowiadała mi aby ustalić formę tego serwisu tak a nie inaczej :).
Ciekawostka - Enduroway.pl wykupiłem już dawno temu. Zanim zdecydowałem się na taką nazwę, przeszukiwałem internet żeby upewnić się, że nie będę kogoś dublować. Wtedy nie natrafiłem na żadne inne Enduroway. Dziś sprawdzając dostępność domen okazało się, że oprócz mojej z końcówką .pl, zarezerwowana jest także enduroway.com! Oczywiście nic z tego nie wynika w sensie, że nie ma podpiętej żadnej strony pod ten adres. Niewykluczone, że "zapobiegliwi" liczą na rozwój Enduroway.pl, żeby widząc jego spektakularny, światowy sukces zaproponować odsprzedaż "wymowniejszej" domeny i zgarnąć ciężkie setki tysięcy dolców ;). Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby licznik odwiedzin Enduroway.pl grzał się od rozpędzenia ale idea tego bloga to raczej sprawa własnej satysfakcji a nie sukcesu komercyjnego :). Dlatego tym panom już dziękujemy ;P.
Wchodzi też nowe logo, które miałem w głowie od samego początku, jeszcze za czasów kiedy planowałem stworzenie forum. Skłamałbym mówiąc, że jestem jego autorem. Wcześniej pracowało nad nim wiele osób, a pierwowzór wersji finalnej stworzył młody grafik - amator z Tomaszowa Lubelskiego. Potem powstała wersja wektorowa, która jest jeszcze w fazie poprawek ale po dopracowaniu może służyć jako szablon przy np. nadruku na koszulce, którą mam zamiar sobie sprawić :).
Powyższy motyw wmontowany został w nagłówek, który już w całości spłodziłem sam. Podchodziłem do tego parę razy bez powodzenia, aż nadszedł wieczór kiedy powiedziałem sobie - "jak dziś tego nie zrobię to nie zrobię nigdy!". Siadłem i pocąc się niesamowicie stworzyłem coś, na co zdolni graficy zareagowaliby uśmiechem politowania ale jako, że nie jestem fachowcem to nie stawiałem sobie poprzeczki na równo z zawodowcami. Mi osobiście odpowiada, jeśli stworzę coś co uznam za ciekawsze, będzie zmiana :).
Aha, na zdjęciach też pojawi się znak ze zmodyfikowaną wersją loga, a za jakiś czas planuję ozdabiać w ten sposób czołówki filmów. Jak się uda to może i jakąś animacją - wariacją ;P.
Podziękowania za pomoc dla mojego brata wujecznego - Patryka. Obiecał wyciągnąć pomocną dłoń, kiedy przyjdzie stanąć oko w oko z kodem strony. Ja tu nie mam nic do powiedzenia, on jako sprytny i doświadczony admin pomoże w "przemeblowaniu" bloga i doprowadzeniu całego przedsięwzięcia do pomyślnego (mam nadzieję) finału.
Prawdopodobnie za parę dni blog zostanie przeniesiony na inny serwer a jego adres ulegnie zmianie. Nowy jest krótszy i łatwiejszy do zapamiętania:
Enduroway.pl
Informuję o tym wcześniej, bo całość bazy postów i nakładka graficzna będzie wyeksportowana do formatu WordPress. Myślę, że Blogspot pozostanie, tyle, że albo będzie automatyczne przekierowanie albo informacja, gdzie należy się udać aby być na bierząco.
Odnośnie wybranej domeny - czemu rozszerzenie "pl"? Mogło być przecież ogólne "net" albo najbardziej uniwersalne "com". Jest to ukłon w stronę mojej własnej tożsamości :). Mówię po polsku, piszę po polsku i myślę po polsku (a moja córka np. mówi przez sen po angielsku). I nawet jeśli przyjdzie zostać na amerykańskiej ziemii do kresu żywota, niewiele się zmieni. "Starych drzew się nie przesadza" - jak mówi mądre przysłowie. I choć mam ambicje oraz plany związane z miejscem w którym jestem, to właśnie ta świadomość przynależności podpowiadała mi aby ustalić formę tego serwisu tak a nie inaczej :).
Ciekawostka - Enduroway.pl wykupiłem już dawno temu. Zanim zdecydowałem się na taką nazwę, przeszukiwałem internet żeby upewnić się, że nie będę kogoś dublować. Wtedy nie natrafiłem na żadne inne Enduroway. Dziś sprawdzając dostępność domen okazało się, że oprócz mojej z końcówką .pl, zarezerwowana jest także enduroway.com! Oczywiście nic z tego nie wynika w sensie, że nie ma podpiętej żadnej strony pod ten adres. Niewykluczone, że "zapobiegliwi" liczą na rozwój Enduroway.pl, żeby widząc jego spektakularny, światowy sukces zaproponować odsprzedaż "wymowniejszej" domeny i zgarnąć ciężkie setki tysięcy dolców ;). Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby licznik odwiedzin Enduroway.pl grzał się od rozpędzenia ale idea tego bloga to raczej sprawa własnej satysfakcji a nie sukcesu komercyjnego :). Dlatego tym panom już dziękujemy ;P.
Wchodzi też nowe logo, które miałem w głowie od samego początku, jeszcze za czasów kiedy planowałem stworzenie forum. Skłamałbym mówiąc, że jestem jego autorem. Wcześniej pracowało nad nim wiele osób, a pierwowzór wersji finalnej stworzył młody grafik - amator z Tomaszowa Lubelskiego. Potem powstała wersja wektorowa, która jest jeszcze w fazie poprawek ale po dopracowaniu może służyć jako szablon przy np. nadruku na koszulce, którą mam zamiar sobie sprawić :).
Powyższy motyw wmontowany został w nagłówek, który już w całości spłodziłem sam. Podchodziłem do tego parę razy bez powodzenia, aż nadszedł wieczór kiedy powiedziałem sobie - "jak dziś tego nie zrobię to nie zrobię nigdy!". Siadłem i pocąc się niesamowicie stworzyłem coś, na co zdolni graficy zareagowaliby uśmiechem politowania ale jako, że nie jestem fachowcem to nie stawiałem sobie poprzeczki na równo z zawodowcami. Mi osobiście odpowiada, jeśli stworzę coś co uznam za ciekawsze, będzie zmiana :).
Aha, na zdjęciach też pojawi się znak ze zmodyfikowaną wersją loga, a za jakiś czas planuję ozdabiać w ten sposób czołówki filmów. Jak się uda to może i jakąś animacją - wariacją ;P.
![]() |
| 1..2..3 - próba pieczęci ;) |
Podziękowania za pomoc dla mojego brata wujecznego - Patryka. Obiecał wyciągnąć pomocną dłoń, kiedy przyjdzie stanąć oko w oko z kodem strony. Ja tu nie mam nic do powiedzenia, on jako sprytny i doświadczony admin pomoże w "przemeblowaniu" bloga i doprowadzeniu całego przedsięwzięcia do pomyślnego (mam nadzieję) finału.
Posted by
Radek
at
10/28/2012 02:16:00 PM
Colorado - propozycja na lato 2013
Część już słyszała, część jeszcze o niczym nie wie. Dla tych drugich ogłaszam:
Mucha zaprasza wszystkich chętnych na wyprawę do Colorado w lecie 2013!!!
Gospodarz obiecuje moc niezapomnianych wrażeń, na które to składać się będzie starannie przygotowana i sprawdzona trasa, noclegi w klimatycznych miejscach oraz niezapowiedziane atrakcje jakie przyniosą te dni ;).
Mucha teren poznał już na tyle dobrze, że jest w stanie poprowadzić grupę w naprawdę ciekawe okolice a wszystkie szczegóły logistyczne poukładać bez pośpiechu i z głową. Wstępnie zapowiada trzy dni i 250 mil w raju dla endurozjebów. Nie do pogardzenia wydaje się fakt, że chce nas zabrać na wzniesienia, gdzie przy odrobinie chęci uda się polizać chmury - 14 tys. stóp n.p.m.!!! Sounds gooooood :).
Decyzja należy do nas ale propozycja jest na tyle kusząca, że wg mnie powinna ruszyć silna ekipa. Wstępna analiza kosztów wykazuje, że nie będzie to ruina dla kieszeni. Wydatki które trzeba brać pod uwagę to:
- transport motocykli (wg mnie jest szansa dogadać się z kimś z Uship i załadować całość na raz, co gwarantowałoby niską cenę),
- koszt przelotu (czym wcześniej zostaną ustalone szczegóły tym szybciej można będzie zamówić tańsze bilety)
- koszty pobytu (noclegi + jedzenie + paliwo).
Realne jest zamknięcie się w sumie do $1500 od osoby, a biorąc pod uwagę, że można zobaczyć kawał innego świata i poimprezować w odpowiednim towarzystwie, to nie jest to chyba przesadnie drogo. Raz na jakiś czas trzeba zaszaleć, nie samym chlebem człowiek przecież żyje!
Jeśli już znajdą się chętni to jest dobra rada - najlepiej odpowiednio wcześniej zacząć wrzucać do skarpety po przysłowiowej "kłoderce", wtedy budżet domowy nie odczuje żadnego bólu z powodu tej eskapady.
Należą się oczywiście podziękowania za zaproszenie, zajebiście jest nam miło :).
Ze swojej strony obiecuję zainteresowanie tematem i kontynuację dyskusji na blogu.
Posted by
Radek
at
10/24/2012 12:53:00 AM
Like a dream...
Nie zmienia się nic jeśli chodzi o mojego faworyta w segmencie motocykli do szaleństwa w lesie i technicznym terenie. Tu od jakiegoś czasu Freeride 350 stoi ponad wszystkim. Szkoda, że nie można go "pomacać" na żywo, w Stanach nie jest dostępny co jest ciosem poniżej pasa.
Znalazłem parę ciekawych zdjęć, gość założył do niego typowo crossowe opony, dodał parę bajerów i taki sprzęt po prostu krzyczy do mnie. Obłęd...
Zdjęcia są autorstwa użytkownika husqygg z portalu bikepics.com
Znalazłem parę ciekawych zdjęć, gość założył do niego typowo crossowe opony, dodał parę bajerów i taki sprzęt po prostu krzyczy do mnie. Obłęd...
Zdjęcia są autorstwa użytkownika husqygg z portalu bikepics.com
Posted by
Radek
at
10/23/2012 12:21:00 PM
Betonowe miasto
| Concrete City, Nanticoke PA |
Miasto samo przez się kojarzone jest z betonem, jednak nazwa miejsca o którym mowa, jednoznacznie oddaje całą prawdę o Concrete City. Tu jest tylko beton...
Nikt nie zasiedlił tego kompleksu budynków na stałe co jest ewenementem i budzi zainteresowanie do dziś. I gdyby nawet brać pod uwagę okres w którym tętniło tu życie, to jest on za krótki, żeby stawić czoła etykiecie "miasta duchów", jaka przylgnęła do tej miejscowości...
Tutaj mijający czas działa na korzyść, legenda dojrzewa i jak to bywa w takich sytuacjach, dodaje całej historii surrealistycznego posmaku. A ja lubię takie ciekawostki. Dlatego nie przypadkiem znaleźliśmy się tam ostatniej niedzieli :).
Zebrałem trochę potrzebnych informacji a cały plan powstał po przeczytaniu jednego z tematów na forum Coal County Riders. Zaraziłem się fajnymi zdjęciami i wyobraźnia zaczęła działać, taka choroba ;).
Największy znak zapytania to jak zwykle miejsce do zaparkowania auta, z tym zawsze jest problem. Pojechaliśmy "na ślepo" nie wiedząc co tak naprawdę zastaniemy. Miałem upatrzony punkt na Google Maps ale żadnych gwarancji, że zadziała. Nie zadziałał bo boczna uliczka koło cmentarza w Glen Lion została zablokowana głazami. Na drzewach oczywiście kolorowe karteczki z dobrze znaną wszystkim miłośnikom offroadu treścią. Czyli klasyka gatunku...
![]() |
| trochę się spóźniliśmy, kiedyś była tu fajna miejscówka |
![]() |
| my się "zimy" nie boimy ;P |
Zaczęliśmy się pałętać. Zatrzymaliśmy quadowców żeby zasięgnąć języka. Co prawda niewiele wskóraliśmy ale okazało się, że ojciec z synkiem mieszkali kiedyś w Garfield, niezłe jaja. Pomimo, że byli OK to nie dało się ich namówić, żeby użyczyli parkingu na swojej posesji. Trudno im się dziwić, temat jest śliski a nikt nie chce problemów.
Wjechaliśmy do Nanticoke, niedużego miasteczka na drodze do RT 81, którą zdecydowaliśmy wrócić do St Clair. Nie było sensu ryzykować, straciliśmy trochę czasu ale pora na jazdę nadal była młoda.
Nie pamiętam z jakiego powodu ale zaczęliśmy zawracać. "Zawinęliśmy" na plac przy jakimś dużym budynku a tu... ding-dong w łeb! Stoi wataha pickupów i gości zrzucających sprzęty. Trochę atv, jakieś małe crossówki. Z nieba nam spadli! Zagadaliśmy tylko, żeby się upewnić, czy nie będzie przypału. Twierdzili, że od dawna stawiają tu auta i nigdy nie mieli problemów. Skoro tak to i my dołączyliśmy do całego towarzystwa intruzów ;).
Luzerne County okazało się nie gorsze niż Klara, choć jest w sumie trochę inne. Przeważają tu drogi wyryte przez czterokołowce, których spotkaliśmy zdecydowanie więcej niż motocykli. Szczególnie podobały nam się fajne trakty power lines i techniczne, kamieniste podjazdy w lesie. Na jednym straciliśmy trochę czasu i zdrowia.
![]() |
| nasz faworyt nas nie zawiódł... |
| ... i oczom naszym ukazał się raj ;) |
![]() |
| "wielki" kanion |
![]() |
| ostatni etap ale sił już brak |
Mieliśmy też okazję tłumaczyć się z trespassingu przed właścicielem terenu, przez który przebijała się nasza karawana. Nie chcieliśmy paradować po placu na którym pracował ciężki sprzęt, dlatego odbiliśmy w bok. Wyskoczyliśmy na polanę w lesie, która wyglądała na wykarczowaną i przygotowaną pod zabudowę. Nie wygłupialiśmy się tam jak zwykle, zrobiliśmy jedynie kółko i znalazła się jakaś dróżka, która wyglądała na przejezdną. Nie udało się a wracając z powrotem nadzialiśmy się na dziadka i młodzika. Zadowoleni to oni nie byli, a na nasze naiwne pytanie "jak stąd wyjechać", odpowiedzieli z wyraźnym zażenowaniem - "tak jak tu przyjechaliście". Dodali jeszcze -"jedziecie pewnie z Nanticoke?", co zabrzmiało tak jakby mieli na myśli najgorsze przekleństwo jakie zesłał im los... Grzecznie przeprosiliśmy i ulotniliśmy się stamtąd nie robiąc za dużo hałasu.
![]() |
| taką chatkę se chłopaki wymyślili |
Walczyliśmy już dosyć długo i plany dojechania na zachód aż do Susquehanna River przełożyliśmy na następny raz.
Auto zastaliśmy nie ruszone, co uwieńczyło ten "great day", jak powiedział Tomcio.
Teren szczególnie chwalił Andrzej. Myślę, że będzie naciskał żeby wpadać tu częściej. Jeśli o mnie chodzi to ja jak najbardziej :).
![]() |
| ostatni kęs i ostatni "buszek" przed drogą powrotną |
![]() |
| Katooma pożegnanie z Nanticoke |
-------------------------------------------
"Concrete City"
Chciałbym dodać jeszcze słowo o atrakcji (jeśli ktoś rozpatruje to w takiej kategorii) tego dnia. Zrobiłem parę fotek, archiwalne obrazy znalazłem na sieci, skąd też zaczerpnąłem garść prawdziwych lub nieprawdziwych faktów...
Miasto to chyba zbyt dużo powiedziane, choć tak brzmi nazwa własna tego miejsca. Betonowe, ponieważ całe budynki łącznie z dachem zostały wykonane w tej technologii. A miało to miejsce zaskakująco dawno, bo w roku 1911.
Kompleks wybudowany został przez Delaware, Lackawanna and Western Railroad's Coal Division na potrzeby rodzin wysoko postawionych pracowników tej firmy. Przedsięwzięcie traktowano wielce prestiżowo a sam plan uznawano jako niezwykle śmiały technologicznie, wręcz wyprzedzający swoje czasy.
| "Betonowe Miasto" trochę jak z folderu firmy deweloperskiej... |
| w miarę realnie oddany wygląd zabudowy |
Tworząc osiedle kampania miała na uwadze tyle dobro jego mieszkańców co możliwość ich kontroli, a pada nawet sformułowanie o wykorzystywaniu. Stąd być może minimalistyczna i regularna jeśli chodzi o stylistykę i bardzo klarowna w ideologii forma tego projektu.
Każdy z budynków zamieszkiwały dwie rodziny, były to więc klasyczne duplexy. Na obydwu poziomach znajdowały się kuchnie, łazienki, pokoje dzienne i po cztery sypialnie. Miesięczny czynsz za taki apartament wynosił... osiem dolarów!!! Gdzie te czasy, chciało by się rzec ;P.
Domy okalały sporych rozmiarów skwer na którym znajdowało się boisko do piłki nożnej, baseballa, kort tenisowy, plac zabaw oraz budynek socjalny. Znalazło się też miejsce na brodzik dla dzieci oraz basen dla dorosłych. Ten ostatni został opróżniony w 1914 roku, po tym jak utonął w nim chłopiec.
Betonowe chodniki oświetlane były przez lampy podpięte do linii energetycznej, co jest następnym przykładem futuryzmu tegoż miejsca.
| huśtawki rodem z przyszłości, można powiedzieć :) |
| dobre, przedwojenne, zbiorowe moczenie stóp ;P |
Mimo tak dalekowzrocznej wizji architektów i rozmachu samego przedsięwzięcia, jedenaście lat po oddaniu housingów do użytku, zostały one po prostu wysiedlone. Mówi się o dwu najważniejszych przyczynach - rezygnacji z montażu kanalizacji przez administratora oraz o problemach z wilgocią w budynkach. Jeśli chodzi o odprowadzenie ścieków to wszedł przepis mówiący o konieczności wprowadzenia instalacji, lecz bardzo solidna betonowa konstrukcja prawdopodobnie to uniemożliwiała. Problem wilgoci to przypuszczalnie również sprawka rzeczonego betonu, ponieważ jego porowatość pozwalała na dostawanie się wody do pomieszczeń, z którym to zjawiskiem nie udało się skutecznie walczyć.
Wobec powyższego podjęto decyzję o wyburzeniu. Odkryto, że pod ziemią znajdują się duże pokłady węgla, które firma mogłaby wykorzystać. Na przeszkodzie jeszcze raz stanął główny bohater historii czyli beton. Okazało się, że zdetonować tak solidne bloki będzie po prostu bardzo ciężko. Byłoby to wykonalne ale przy horrendalnych kosztach. Nikomu nie było to na rękę ale budynki, chcąc czy nie chcąc, musiały pozostać. Na długie lata. Na dłużej niż się komukolwiek wtedy śniło...
Dziś "Betonowe miasto" oficjalnie uznane jest jako zabytek. Niemniej jednak jest on polem doświadczalnym dla miejscowych jednostek militarnych, fanatyków graffiti, amatorów paintballu oraz... imprezowiczów. Miesza się więc tu legenda z szarą teraźniejszością, tworząc ciekawy obiekt dla przyszłych pokoleń historyków. Kiedyś pewnie będą się rozsmakowywać w tym swoistym misz maszu, będącym dziełem upływającego czasu...
![]() |
| dziś ciężko się tu przedrzeć przez chaszcze... |
![]() |
| pustostany... prawie od wieku! |
![]() |
| z innej perspektywy... |
![]() |
| na pokojach... |
![]() |
| misternie wydłubane okno dachowe |
![]() |
| schody do nikąd... |
![]() |
| widok z pięterka, fotę z dachu odradzili chłopaki... next time ;) |
![]() |
| byłem, widziałem... zapaliłem :) |
| Concrete City z lotu ptaka |
Pokaż większą mapę
Posted by
Radek
at
10/22/2012 09:18:00 PM
Subskrybuj:
Posty (Atom)

.png)

.png)

.png)





































