Betonowe miasto

Concrete City, Nanticoke PA

Miasto samo przez się kojarzone jest z betonem, jednak nazwa miejsca o którym mowa, jednoznacznie oddaje całą prawdę o Concrete City. Tu jest tylko beton...
Nikt nie zasiedlił tego kompleksu budynków na stałe co jest ewenementem i budzi zainteresowanie do dziś. I gdyby nawet brać pod uwagę okres w którym tętniło tu życie, to jest on za krótki, żeby stawić czoła etykiecie "miasta duchów", jaka przylgnęła do tej miejscowości...
Tutaj mijający czas działa na korzyść, legenda dojrzewa i jak to bywa w takich sytuacjach, dodaje całej historii surrealistycznego posmaku. A ja lubię takie ciekawostki. Dlatego nie przypadkiem znaleźliśmy się tam ostatniej niedzieli :).

Zebrałem trochę potrzebnych informacji a cały plan powstał po przeczytaniu jednego z tematów na forum Coal County Riders. Zaraziłem się fajnymi zdjęciami i wyobraźnia zaczęła działać, taka choroba ;).

Największy znak zapytania to jak zwykle miejsce do zaparkowania auta, z tym zawsze jest problem. Pojechaliśmy "na ślepo" nie wiedząc co tak naprawdę zastaniemy. Miałem upatrzony punkt na Google Maps ale żadnych gwarancji, że zadziała. Nie zadziałał bo boczna uliczka koło cmentarza w Glen Lion została zablokowana głazami. Na drzewach oczywiście kolorowe karteczki z dobrze znaną wszystkim miłośnikom offroadu treścią. Czyli klasyka gatunku...

trochę się spóźniliśmy,
kiedyś była tu fajna miejscówka
my się "zimy" nie boimy ;P

Zaczęliśmy się pałętać. Zatrzymaliśmy quadowców żeby zasięgnąć języka. Co prawda niewiele wskóraliśmy ale okazało się, że ojciec z synkiem mieszkali kiedyś w Garfield, niezłe jaja. Pomimo, że byli OK to nie dało się ich namówić, żeby użyczyli parkingu na swojej posesji. Trudno im się dziwić, temat jest śliski a nikt nie chce problemów.
Wjechaliśmy do Nanticoke, niedużego miasteczka na drodze do RT 81, którą zdecydowaliśmy wrócić do St Clair. Nie było sensu ryzykować, straciliśmy trochę czasu ale pora na jazdę nadal była młoda.
Nie pamiętam z jakiego powodu ale zaczęliśmy zawracać. "Zawinęliśmy" na plac przy jakimś dużym budynku a tu... ding-dong w łeb! Stoi wataha pickupów i gości zrzucających sprzęty. Trochę atv, jakieś małe crossówki. Z nieba nam spadli! Zagadaliśmy tylko, żeby się upewnić, czy nie będzie przypału. Twierdzili, że od dawna stawiają tu auta i nigdy nie mieli problemów. Skoro tak to i my dołączyliśmy do całego towarzystwa intruzów ;).

Luzerne County okazało się nie gorsze niż Klara, choć jest w sumie trochę inne. Przeważają tu drogi wyryte przez czterokołowce, których spotkaliśmy zdecydowanie więcej niż motocykli. Szczególnie podobały nam się fajne trakty power lines i techniczne, kamieniste podjazdy w lesie. Na jednym straciliśmy trochę czasu i zdrowia.

nasz faworyt nas nie zawiódł...
... i oczom naszym ukazał się raj ;)
"wielki" kanion
ostatni etap ale sił już brak

Mieliśmy też okazję tłumaczyć się z trespassingu przed właścicielem terenu, przez który przebijała się nasza karawana. Nie chcieliśmy paradować po placu na którym pracował ciężki sprzęt, dlatego odbiliśmy w bok. Wyskoczyliśmy na polanę w lesie, która wyglądała na wykarczowaną i przygotowaną pod zabudowę. Nie wygłupialiśmy się tam jak zwykle, zrobiliśmy jedynie kółko i znalazła się jakaś dróżka, która wyglądała na przejezdną. Nie udało się a wracając z powrotem nadzialiśmy się na dziadka i młodzika. Zadowoleni to oni nie byli, a na nasze naiwne pytanie "jak stąd wyjechać", odpowiedzieli z wyraźnym zażenowaniem - "tak jak tu przyjechaliście". Dodali jeszcze -"jedziecie pewnie z Nanticoke?", co zabrzmiało tak jakby mieli na myśli najgorsze przekleństwo jakie zesłał im los... Grzecznie przeprosiliśmy i ulotniliśmy się stamtąd nie robiąc za dużo hałasu.

taką chatkę se chłopaki wymyślili

Walczyliśmy już dosyć długo i plany dojechania na zachód aż do Susquehanna River przełożyliśmy na następny raz.
Auto zastaliśmy nie ruszone, co uwieńczyło ten "great day", jak powiedział Tomcio.
Teren szczególnie chwalił Andrzej. Myślę, że będzie naciskał żeby wpadać tu częściej. Jeśli o mnie chodzi to ja jak najbardziej :).

ostatni kęs i ostatni "buszek" przed drogą powrotną
Katooma pożegnanie z Nanticoke

-------------------------------------------

"Concrete City"
Chciałbym dodać jeszcze słowo o atrakcji (jeśli ktoś rozpatruje to w takiej kategorii) tego dnia. Zrobiłem parę fotek, archiwalne obrazy znalazłem na sieci, skąd też zaczerpnąłem garść prawdziwych lub nieprawdziwych faktów...

Miasto to chyba zbyt dużo powiedziane, choć tak brzmi nazwa własna tego miejsca. Betonowe, ponieważ całe budynki łącznie z dachem zostały wykonane w tej technologii. A miało to miejsce zaskakująco dawno, bo w roku 1911.
Kompleks wybudowany został przez Delaware, Lackawanna and Western Railroad's Coal Division na potrzeby rodzin wysoko postawionych pracowników tej firmy. Przedsięwzięcie traktowano wielce prestiżowo a sam plan uznawano jako niezwykle śmiały technologicznie, wręcz wyprzedzający swoje czasy.

"Betonowe Miasto" trochę jak z folderu firmy deweloperskiej...
w miarę realnie oddany wygląd zabudowy

Tworząc osiedle kampania miała na uwadze tyle dobro jego mieszkańców co możliwość ich kontroli, a pada nawet sformułowanie o wykorzystywaniu. Stąd być może minimalistyczna i regularna jeśli chodzi o stylistykę i bardzo klarowna w ideologii forma tego projektu.
Każdy z budynków zamieszkiwały dwie rodziny, były to więc klasyczne duplexy. Na obydwu poziomach znajdowały się kuchnie, łazienki, pokoje dzienne i po cztery sypialnie. Miesięczny czynsz za taki apartament wynosił... osiem dolarów!!! Gdzie te czasy, chciało by się rzec ;P.
Domy okalały sporych rozmiarów skwer na którym znajdowało się boisko do piłki nożnej, baseballa, kort tenisowy, plac zabaw oraz budynek socjalny. Znalazło się też miejsce na brodzik dla dzieci oraz basen dla dorosłych. Ten ostatni został opróżniony w 1914 roku, po tym jak utonął w nim chłopiec.
Betonowe chodniki oświetlane były przez lampy podpięte do linii energetycznej, co jest następnym przykładem futuryzmu tegoż miejsca.

huśtawki rodem z przyszłości, można powiedzieć :)
dobre, przedwojenne, zbiorowe moczenie stóp ;P

 Mimo tak dalekowzrocznej wizji architektów i rozmachu samego przedsięwzięcia, jedenaście lat po oddaniu housingów do użytku, zostały one po prostu wysiedlone. Mówi się o dwu najważniejszych przyczynach - rezygnacji z montażu kanalizacji przez administratora oraz o problemach z wilgocią w budynkach. Jeśli chodzi o odprowadzenie ścieków to wszedł przepis mówiący o konieczności wprowadzenia instalacji, lecz bardzo solidna betonowa konstrukcja prawdopodobnie to uniemożliwiała. Problem wilgoci to przypuszczalnie również sprawka rzeczonego betonu, ponieważ jego porowatość pozwalała na dostawanie się wody do pomieszczeń, z którym to zjawiskiem nie udało się skutecznie walczyć.
Wobec powyższego podjęto decyzję o wyburzeniu. Odkryto, że pod ziemią znajdują się duże pokłady węgla, które firma mogłaby wykorzystać. Na przeszkodzie jeszcze raz stanął główny bohater historii czyli beton. Okazało się, że zdetonować tak solidne bloki będzie po prostu bardzo ciężko. Byłoby to wykonalne ale przy horrendalnych kosztach. Nikomu nie było to na rękę ale budynki, chcąc czy nie chcąc, musiały pozostać. Na długie lata. Na dłużej niż się komukolwiek wtedy śniło...

 Dziś "Betonowe miasto" oficjalnie uznane jest jako zabytek. Niemniej jednak jest on polem doświadczalnym dla miejscowych jednostek militarnych, fanatyków graffiti, amatorów paintballu oraz... imprezowiczów. Miesza się więc tu legenda z szarą teraźniejszością, tworząc ciekawy obiekt dla przyszłych pokoleń historyków. Kiedyś pewnie będą się rozsmakowywać w tym swoistym misz maszu, będącym dziełem upływającego czasu...

dziś ciężko się tu przedrzeć przez chaszcze...
pustostany... prawie od wieku!
z innej perspektywy...
na pokojach...
misternie wydłubane okno dachowe
schody do nikąd...
widok z pięterka,
fotę z dachu odradzili chłopaki... next time ;)
byłem, widziałem... zapaliłem :)

Concrete City z lotu ptaka


Pokaż większą mapę

GoPro Hero 3


Wczoraj na Facebooku ukazała się fotografia z krótką notką - nadchodzi nowe wydanie GoPro!
Gdybym usłyszał to na ulicy, to bym nie uwierzył. Wg mnie HD2 jest dosyć świeże i jego następcy na przestrzeni tego roku nawet się nie spodziewałem. Nie ma to jak być pozytywnie zaskoczonym :).

Jako, że wiadomość znalazłem dosyć późną porą, trzeba było w imię chorej ciekawości zdobyć się na poświęcenie. Wchodząc na oficjalną stronę producenta zastałem licznik odliczający czas do oficjalnej prezentacji danych technicznych kamery. Wychodziło na to, że będzie to kapkę po trzeciej rano, co trochę mnie zniechęciło ale nie powstrzymało od chęci "bycia pierwszym, który ujrzy blask nowego Prosiaka" ;). No i przysypiając przed monitorem jakoś dotrwałem ;).

Co dostaliśmy? Mniejszą i lżejszą "budę" oraz dwa razy szybszy procesor obrazu. To ostatnie przekłada się na nowe możliwości jeśli chodzi o dostępne tryby rejestracji nagrań. Powiem jedno - szykuje się niezła jazda, bo jak inaczej określić rozdzielczość 4k??? Ma być dostępna przy może nie oszałamiającym klatkowaniu, bo tylko 15 frames per second, ale fakt jest faktem... Za to dla 2.7k mamy już 30 kl/sek! Mi wystarczy FULL HD 1080p przy 60 klatkach, tego najbardziej oczekiwałem od następnego GoPro.

Powstały trzy wersje kamery, tym razem różniące się nie tylko osprzętem ale i "bebechami". Najbardziej wypasiona, nosząca nazwę Black Edition, ma "najmocniejszy" hardware oraz standardowo dołączony pilot zdalnego sterowania. Oczywiście cena wręcz nie może być nie wiem jak niska. Sugerowana przez producenta to $399.99 na rynku amerykańskim. Ja już dostałem linka z dealem za $349, gdzie dodatkowo dostajemy w prezencie kartę micro SD o pojemności 32 GB. To brzmi już całkiem rozsądnie :).

Pozostałe dwie wersje nie są aż takim high tech, za to są odpowiednio tańsze i na pewno znajdą klientelę, dla której ich specyfikacje będą w zupełności wystarczające.

Nabywając swoją "dwójkę" zdecydowałem się na dokupienie kuponu, który gwarantował (nie wiem jak to będzie faktycznie) 50% zniżki jeśli zdecydowałbym się na następną generację GoPro. Muszę przeanalizować szczegóły, niewykluczone, że zdecyduję się na zmianę. Na razie jest czas na zapoznanie się z opiniami pierwszych testujących. Nie będzie to wcześniej niż 22 października, kiedy to zaplanowano rozpoczęcie sprzedaży GoPro Hero 3.
Zobaczymy na co stać Woodman Labs :).


Nick Woodman prezentujący swój nowy wyrób
real foto nowego sprzętu
trzech przyjemniaczków
Hero 3 oficjalnie

A tu mam jeszcze ciekawe zagadnienie ;). Wygląda to na jakiegoś protoplastę aktualnego modelu ale dla kogoś nieobeznanego może stanowić nie lada zagrożenie. W porywie euforii wyrwie gdzieś na Ukrainie takie cacko za czapkę śliwek i będzie przekonany, że zrobił transakcję stulecia. Nazwa taka sama, firma ta sama, tylko zawartość jakby przeleżała pół wieku pod lodem ;P.


Rozbrat z kciukiem

Ciężko napisać o imprezie pozytywnie jeśli załogant ląduje w szpitalu. Mimo, że zdarzyło się parę interesujących rzeczy w temacie zwiedzania i przeprawy to nieprzyjemny niefart Jacka zupełnie zdominował wczorajszy wyjazd.

A było to tak:
Pełzaliśmy dobrą godzinę żeby pokonać kurewsko niewygodny zjazd. Udało się wreszcie jakoś, a chcąc nadrobić trochę czasu, pocisnęliśmy ustrojonymi w jesienne kolory alejkami przy Girardville. Zaglądaliśmy też w boczne dróżki ale tylko dlatego, żeby nie wpakować się do samego miasta. Ogólnie kurs był na Centralię, z zamiarem jak najszybszego wstawienia się tam.

Kątem oka uchwyciłem, że po lewej stronie pojawił się naprawdę długi, węglowy podjazd. Wiedziałem, że młodzi tego nie przepuszczą. Nie myliłem się, zawróciliśmy i zaczęło się "młócenie". Szanse były niewielkie bo nawierzchnia była wyjątkowo mało przyczepna a wyryte przez quady koleiny stawiały dodatkowy opór. Parę razy próbowali bez skutku, chociaż napierali z rozmachem.
Jackson wykonał lądowanie awaryjne. Dzień jak co dzień, rutyna. Zdziwiło mnie tylko, że zaczął wrzeszczeć. Przeraźliwie. Nie pamiętam, żeby kiedyś zachował się podobnie. Zastanowiło mnie to ale pomyślałem, że po prostu stłukł sobie dupę, wstanie i za chwilę znów będzie próbować. Zrobiło się gorąco kiedy wydarł się znowu. I to w taki sposób, że nie było już wątpliwości - są kłopoty.
Wołaliśmy do niego z dołu ale nie mówił o co chodzi. Tomek wskoczył na motor i za chwilę był przy nim.
Rozpierdolony palec! Jak bardzo rozpierdolony przekonałem się, kiedy spotkaliśmy się w połowie wjazdu. On po prostu uciął sobie dużą część kciuka! Tarcza tylnego hamulca zadziałała jak gilotyna...

Przez pierwsze chwile ciężko było się zebrać do konkretnego działania. Zaczęło się nerwowe szukanie brakującego kawałka palca. Jak igły w stogu siana...

Minuty uciekały a my w rozsypce. Nie mogłem nawet z rozmysłem dojść gdzie jest najbliższy szpital. W ogóle nie dogadywałem się z telefonem. Dał radę za to... Jacek, mimo, że widziałem jego "odjeżdżający" przez moment wzrok.
Był jednak wyjątkowo, jak na tą sytuację, opanowany. Więcej! Sam znalazł swoją zgubę - strzępy kciuka! I to gdzie! Zakleszczone przy piaście koła Huski!
Zaczęła się więc walka o ten cenny, ludzki "materiał". Przypadła mi rola człowieka, który ma doprowadzić ocalały skrawek do używalności. Tomcio tylko rzucił mi go na rękę i polewając wodą instruował:

- "Weź go tak trochę palcami... Trzeba zmyć ten brud!"

Nigdy nie czułem się tak... nie wiem jak. To była intymność bardzo dziwnego rodzaju, z jaką nie spotkałem się nigdy wcześniej. A myślałem, że mając dwójkę dzieci wiem coś o intymności... Człowiek uczy się całe życie...
Ostatecznie końcówkę wrzuciliśmy do butelki z wodą. Na zdrowy rozum był to jedyny sposób, żeby przetrzymać ją w miarę sprzyjających warunkach do zabiegu przyszycia.

Jacek uparł się, że sam da radę dojechać na "emergency". Dostał więc motor brata, z Reklusem, żeby mógł prowadzić jedną ręką. Mieliśmy przed sobą jakieś 5 minut drogi.

Dumnie brzmiące "Saint Catherine Medical Center" okazało się szpitalem - widmo. Budynki stały, z tym, że hulał po nich wiatr i rosły pajęczyny. Kartka na drzwiach informowała:
"Szpital w stanie bankructwa. Najbliższy otwarty szpital znajduje się w Pottsville, 15 mil stąd. Dziękujemy." 
Ameryka, kurwa jego mać! Tfu!

Dodzwonienie się na tym zadupiu po taksówkę ewidentnie nas przerosło. A raczej tak wymagające zadanie przerosło możliwości miejscowych "korporacji". Na szczęście spotkaliśmy na pobliskim parkingu babkę, która podjęła się kursu na dyżurkę do Pottsville. Nie sądzę, żebyśmy mieli możliwość ją odnaleźć i podziękować za ten gest. A szkoda.

Ogarnęliśmy się i część wróciła po auta a reszta została na miejscu z motocyklami. Jakieś dwie godziny potem "wparowaliśmy" na oddział do Jacka.

Chociaż widzieliśmy, że junior ma poważny uraz, to częściowo kamień spadł nam z serca. Był przynajmniej pod właściwą opieką i zachował całkiem dobry humor. Wydatnie pomógł mu w tym kolega "Głupi Jasio".

Jak już banda zeszła się koło jego łóżka, to "kwadrat" wyraźnie się ożywił. Ogólnie nie byliśmy w sprzyjającej sytuacji ale użalać się też nie miało sensu. Lepiej rozładować stres starym, dobrym, zbereźnym żartem albo świetnym pomysłem wartym wczorajszej kolacji ;).

W międzyczasie wyszedł na jaw nasz brak elementarnej wiedzy w zakresie transplantologii. Okazało się, że pieczołowicie piastowany koniuszek palucha Jacka wylądował w śmieciach. Jego reaktywacja była niemożliwa właśnie dlatego, że przez dłuższy czas był trzymany w wodzie. My proste chłopaki lodu ze sobą nie wozimy, niestety...
Nie dało się także namówić pani pielęgniarki na zrobienie takiego zatapianego w formalince souvenirku, choć nawiązaliśmy z nią dobry kontakt. Na osłodę pozostał fakt, że do "chorego" podążała już kaczuszka. Miejmy nadzieję, że w młodych, ładnych rączkach. Jemu też się coś od życia należy. Szczególnie teraz ;P.

Jacko został ale jechała już po niego karetka, którą miał być przetransportowany do innego ośrodka, gdzieś bliżej New Jersey. Czekamy na rozwinięcie akcji i happy end.

To był zajebiście wyczerpujący dzień ale pal go sześć. Oby najbliższy czas okazał się dla Jacia łaskawy.


w pierwszej wersji "organ"
miał podróżować w Tomciowej kieszeni
niby, że tylko w Polsce szpitale źle stoją, tak?
kicha jak skurczysyn
"rozkład jazdy"
relaksacyjne "moczenie"
obrządek
sesja zdjęciowa
barszcz
jak dobrze nad nim popracują to będzie jak nowy!

Jacuś, może nie będziesz już tak idealnie piękny jak wcześniej ale i tak wszyscy będziemy Cię kochać! ;)

----------------------------------------
AKTUALIZACJA:
Dziś rozmawiałem z Jackiem. Jest już w domu, czym jestem zaskoczony. Przeszedł operację podczas której skrócono palec o paznokieć, wstawiono w kość kciuka drut i doszczepiono skórę pobraną z innej części ciała. Mam nadzieję, że niczego nie pomieszałem...
Nie oznacza to jeszcze, że wszystkie kłopoty już poza nim ale dzień po dniu jego sytuacja będzie wychodzić na prostą.
Stawiam na szalę swoje własne problemy zdrowotne i piję za zdrowie Jacksona. Nie trwońcie empatii na bzdetne cele, dziś trzeba wspomóc kolegę. W najbliższym czasie wpadamy go pocieszyć, będę dzwonić.

opatrunek pooperacyjny
---------------------------------------
AKTUALIZACJA 19 października
Jacek był dziś na zmianie opatrunku w Allentown. Lekarz stwierdził, że wszystko gra i ma duże szanse na wygojenie rany zgodnie z planami. Pojawiły się jednak zapowiadane dziwne skutki uboczne przeszczepu skóry. Dotykając jednego palca czuje mrowienie w drugim, do tego po prostu będzie musiał się przyzwyczaić. Nie będzie też rekonstrukcji do pełnej długości kciuka. Ma być on troszkę krótszy a paznokieć będzie miniaturowy.
Mówią, że u stolarza nie użyczy wszystkich palców ale wychodzi na to, że i motocykliści nie są pod tym względem gorsi...

przed zabiegiem
(jak rozpłatany świniak)
po zabiegu
(jak Robocop...
a właściwie to może jak pirat,
bo ma charakterystyczny haczyk na końcu palucha)
---------------------------------------
AKTUALIZACJA 25 października
Jest coraz lepiej, Jacek powoli rozpoczyna rehabilitację. Lekarz zalecił aby zaczął ruszać palcami, co jeszcze nie za bardzo mu się udaje ze względu na ból. My zaleciliśmy przymiarkę do motocykla i to akurat wyszło z powodzeniem :).


----------------------------------------
AKTUALIZACJA 14 listopada
Parę dni temu Jacek przysłał zdjęcie na którym widać dłoń bez opatrunku. Jest jeszcze sporo strupów ale to normalne. Najgorsze, że jeszcze nie może ruszać palcami. Potrzeba czasu.

wkrótce wyjmą druty z kciuka

"Byłem nadziany"

Nie jest to kariera wyśniona ale bohater tej opowieści własną krwią, potem i łzami niewątpliwie "zapracował" na rozgłos. Jego historia pojawiła się w programie "I was impaled" na kanale DISCOVERY FIT & HEALTH.

Ja jednak wolę być nikim w tłumie niżbym dla sławy miał doświadczać takich "atrakcji".
Popatrzcie...


Hujnia, co?
Mnie zawsze zastanawiały tyczki na próbach czasowych enduro. Niby nie są małej średnicy a zawodnicy najczęściej mają ochraniacze ale mam przed oczami czarny scenariusz, kiedy gość upadając nabija się na taki palik. Nie słyszałem w sumie o takiej sytuacji i oby do niej nigdy nie doszło ale wg mnie przy niefortunnym lądowaniu nieźle można by się poharatać.
Zostańmy jednak w przeświadczeniu, że to wszystko to tylko teoretyczne gdybanie nie do zrealizowania w rzeczywistości. Jakoś trzeba sobie tłumaczyć, że jazda wcale nie jest niebezpieczna :|.

Sześciodniówka 2012 zakończona!

Za nami zmagania w najbardziej prestiżowych zawodach enduro na świecie. Cóż mogę powiedzieć - szkoda, że mnie tam nie było (oczywiście w roli kibica, hehe).

Miałem wkleić parę filmów z imprezy ale chyba nie ma sensu. Wkrótce dojdą dalsze i będzie tego zatrzęsienie. Każdy sam zaaranżuje sobie seans, wystarczy wejść na Youtube i wpisać odpowiednią frazę ;).

Wybrane fakty:
- Polacy drużynowo na 13 miejscu (triumfują Francuzi, którzy praktycznie w każdej kategorii nokautowali rywali)
- klasę marek wygrywa Husaberg (niezła piąta pozycja praktycznie nie spotykanego w USA włoskiego TM).
- w "generalce" indywidualnie zwycięża Francuz Christophe Nambotin a wśród pań złoto trafia do jego reprezentacyjnej koleżanki Ludivine Puy.
- ciężki wypadek polskiego motocyklisty Konrada Widłaka, który przeszedł operację nerek i śledziony. Na szczęście jego stan lekarze określają jako dobry.
- bardzo mało motocykli powyżej 350cc, co niejako potwierdza teorię dryfowania ogółu ku cięciu masy poprzez zmniejszanie pojemności silnika..
- najbardziej doświadczonym uczestnikiem Six Days był niejaki Jeff Freddette. Zawody w Niemczech były jego trzydziestym drugim występem w Mistrzostwach Świata Enduro. Ukłony!



Michał Szuster w akcji
...i jego wielkie "yo" z próby cross/supermoto
Rafał Bracik na podjeździe
"Orzeł" w locie - Paweł Szymkowski
"nasz" w lesie - jagódek to on raczej nie zbiera ;P
to chyba jakiś żart!
...a i owszem!
bez tych sympatycznych panów nie obędzie się
żadna szanująca się impreza offroadowa :)

Wzór do naśladowania

Jeśli pogoda jest odpowiednia, odpowiednie nastawienie ludzi a szczęście sprzyja to wychodzi z tego fajny wypad. Tak, zrobiliśmy ostatnio naprawdę urocze "czilowanie" :).
Jedynie z początku przyplątał się niefart bo motocykl Suchego nie chciał odpalić po przejechaniu może dwóch mil. Przypuszczamy, że musiał pęknąć tłok bo komprecha uleciała dosłownie do zera.

Przed wyjazdem zrobiłem dawno nie wykonywany przegląd Google Maps. Ciekawiło mnie czy możliwa byłaby wyprawa z Klary do Centralii. Józek coś wspominał, że pojechałby "tam gdzie się pali" ;). No i wyszło na to, że w linii prostej do "pożaru" jest bliżej niż do Tamaqua! Wstyd, że dopiero teraz wyszło to na jaw. Moje przeoczenie.

Temperatura była wymarzona a trasa malownicza. Polecieliśmy na singla ale po tym jak Tomcio uraził sobie kontuzjowaną stopę, zawróciliśmy na power lines. Sam przyznał, że dobrze zrobił rezygnując z zawodów na które planował jechać tego dnia. Dla niego w ogóle wskazane byłoby wstrzymanie się z tym tematem do następnego sezonu i myślę, że już teraz zdaje sobie z tego sprawę.

Mijaliśmy parę miejsc, które aż prosiły się, żeby je w pocie czoła zdobyć ale hasłem przewodnim tego dnia było: "Never! Never, ever... EVER!!!"
Najwidoczniej Momento nie był dysponowany do tego typu gimnastyki, bo słyszałem tą sentencję parę razy ;).
Upierał się przy tym "nie" do tego stopnia, że ustawił hardkorowy zakład. Temu kto wyjedzie pod piekielną skałę, którą mieliśmy przed oczami, oddaje swój motor. No a chyba wiecie co dla niego znaczy dać dotknąć swoją kochankę obcemu? ;P
Jasne było, że w tradycyjny, zgodny z zasadami fair play, sposób i tak nie ma na to szans. Korzystając z tego, że Rob asem w naszej mowie nie jest, na głos mogliśmy poprowadzić konferencję "jak to zrobić i się nie narobić". Padła niewyszukana propozycja, żeby do utorowania drogi na szczyt użyć szpadla. Nie zastrzegł bowiem odważny pomysłodawca zabawy, że nie życzy sobie żadnych tego typu posunięć, więc...
Nie zdziwię się jak Jackson na następnej jeździe włoży se za pasek saperkę. Ma chłopaczyna chrapkę na momentową maszynę, oj ma ;).

Gardła ścisnął nam pięknie rozpościerający się krajobraz, którego zasmakowaliśmy po wjechaniu na szczyt jednej z gór niedaleko Ashland. Miejsce wybitnie pasujące na odpoczynek i posiłek. Ideałem byłoby zrobić tam jakieś ognisko. Rzecz do zorganizowania, tym bardziej, że coś dawno żadnego boczusia nie było ;).

Bujaliśmy się między Ashland a Girardville dosyć długo. Natrafialiśmy na ścieżki, które prowadziły do nikąd albo na myśliwych, którzy rozjuszeni mogliby nam odstrzelić dupy. Dlatego widząc w lesie quada bez kierowcy zawróciliśmy bez zadawania zbędnych pytań. Widać chłopaki postanowili sobie trochę zapolować. A w tym ich rytuale lepiej nie uczestniczyć dla własnego dobra.

Powiem szczerze, że nie pamiętam kiedy ostatnio mieliśmy tak fajną jazdę, godną wzoru do naśladowania :). Poszwędaliśmy się po nowych miejscach niekoniecznie stawiając na szaleństwo. Owszem, lubimy dać w palnik ale nie zawsze chodzi tylko o to. Rozglądając się na boki łatwiej wypatrzyć "luki w prawie", a ma to swoje duże plusy. Tak rodzą się nowe szlaki, których nigdy za wiele. Właśnie tym sposobem "wydeptaliśmy" 3/4 trasy do "miasta duchów".
Ciąg dalszy pewnie za tydzień. Może być ciekawie bo krążą słuchy, że szykuje się silny skład :).

zakład cały czas aktualny!
najlepiej wskoczyć tam sposobem "na Błażusiaka" ;P
(szczytu na tej fotce nie widać)

P.S. Miałem okazję pobujać się z piętnaście minut Tomciową bryką. Wrażenia jak najbardziej pozytywne, jedynie Reklusa trzeba się "nauczyć", normalna sprawa.
Jakbym miał siedem klocków na zbyciu to nówka sztuka już by jechała do mnie na palecie ;P.

Pora na nowy filtr

... najwyższa pora!

Podobno jest to efekt ataku jakiegoś gryzonia na brykę Jędrka.
W takim razie do ekwipunku wzorowego mechanika trzeba jeszcze dorzucić pułapkę na myszy...

nowa porcja karmy dla sierściuchów ;P

Przepis na "smaczną" panoramę :)

Odkrywam nowe możliwości co do kreacji wizualnej sprawozdań z wypadów :).
Ostatnio miałem do cna rozładowany telefon dlatego nie mogłem powalczyć na całego. Udało mi się pstryknąć tylko jedną ale za to całkiem fajną panoramę, wg mnie daje radę. Będę iść tym tropem bo jest co fotografować na Pensylwanii :).
Aha, nie zaśmiecam fotografii stemplem loga Enduroway bo i po co.

Panorama stworzona z 9 zdjęć - power lines niedaleko Ashland, PA


Opiszę jak dojść do takich efektów dysponując telefonem na Androidzie. Oczywiście można to zrobić używając każdego innego urządzenia, które jest w stanie fotografować. Jednak wtedy każdy musi znaleźć swoją metodę na jak najwygodniejsze i efektywne z niego korzystanie.

Pierwszy krok to instalacja programu Pfotaf na telefonie. Najlepiej poprzez wykupienie wersji PRO gdzie mamy możliwość robienia zdjęć w full rozdzielczości. Wersja darmowa tego nie oferuje. Wydatek na oprogramowanie jest symboliczny więc nie powinien zrujnować nam budżetu ;).

Soft wymaga szybkiej konfiguracji. Domyślnie jest ustawiony na przechwytywanie w HD (wersja PRO). Trzeba jednak usunąć opcję sklejania panoramy po zrobieniu ostatniego zdjęcia. Pfotaf co prawda uczyni to całkiem nieźle ale żeby uzyskać najlepszy efekt, należy posłużyć się zewnętrznym programem już z poziomu systemu operacyjnego komputera, na który zrzucimy pojedyncze foty :).
Wyłączamy również automatyczną rejestrację ujęć. Z doświadczenia wiem, że w trybie manualnym lepiej panujemy nad tym co fotografujemy.
Aktywujemy też użycie autofocusa oraz opcję jednakowej ekspozycji dla wszystkich zdjęć w sesji.

Tyle teorii, a jak to wygląda w praktyce?
Uruchamiamy Pfotaf i klikamy na "Create Panorama". Ustawiamy aparat w pozycji "do "pierwszego strzału" i odczekujemy chwilkę, żeby elektronika dostosowała się do oświetlenia.
Robimy pierwsze zdjęcie, zwracając uwagę aby w chwili "pstryknięcia" nie poruszyć aparatem co mogłoby skopać ostrość fotki.
Przesuwamy powoli kadr zgodnie z kierunkiem jaki sugeruje nam strzałka na ekranie. Ważne aby prawidłowo trzymać aparat, w czym pomogą nam symboliczne poziomice.

Pfotaf - za rączkę do sukcesu ;)


Następne zdjęcie robimy w chwili, kiedy "idąc w prawo", zgramy kontur poprzedniej fotografii z bierzącym ujęciem na wyświetlaczu. Nie wiem jak to jaśniej wytłumaczyć. Praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka ;).

Powodzenie sesji w dużej mierze zależy od tego czy sprawdzimy się w roli statywu dla naszego "recordera". Biorę pod uwagę warunki polowe a nie wyreżyserowany wypad gdzie dysponowalibyśmy stertą dodatkowych akcesoriów. Dlatego czym lepiej człowiek wykona robotę tym mniej trudzić się będą potem maszyny a i wynik będzie lepszy :).

Zakładam, że wracamy do domu z worem pełnym krajobrazów zapisanych systemem zero jedynkowym ;).
Odpalamy kompa i instalujemy darmowy program Windows Image Composite Editor. No a skoro Windows to przeprosiny dla "makowców". Ci muszą znaleźć odpowiednik na swoją platformę.
Software jest właściwie w pełni zautomatyzowany więc wymaga jedynie wczytania przez nas plików zdjęć. Niezwłocznie po tym przechodzi do pracy czego efektem jest praktycznie gotowa panorama. Przycinanie krawędzi robimy automatyczne (1), jakość wyjściowego pliku .jpg ustawiamy na najwyższą czyli 100% (2) i zapisujemy skadrowany obraz na dysk (3).

Windows ICE - trzy proste kroki


Ostateczny szlif fotografii możemy przeprowadzić za pomocą Photo! Editora. Tak samo jak w przypadku Windows ICE program ten wykonuje większość operacji wg własnych algorytmów i nie potrzebuje naszego wsparcia. Wystarczy tylko wybrać odpowiednią opcję a rozpocznie przetwarzanie w trybie natychmiastowym. Szczególnie przydatna w pewnych przypadkach jest funkcja "Enhance color" oraz "Denoise", które odpowiadają za automatyczną korekcję koloru oraz usuwanie szumu z obrazu. Oczywiście wszystkie zmiany można przeprowadzić w trybie ręcznym, gdzie sami decydujemy o parametrach wyjściowych zdjęcia.
Wszystko przyprawiamy wg własnego smaku a podajemy w niestosownie dużych ilościach, uzależnionych od naszej artystycznej płodności :).

Interfejs Photo! Editora mówi wyraźnie -
"zostałem stworzony żeby ulżyć niedoli komputerowemu beztalenciu" ;)


Z opisu może wynikać, że jest to żmudny proces ale wcale tak nie jest. Przygotowanie "smacznej" panoramy nie powinno zabrać sprytnemu harcerzowi więcej niż kilka minut. A według mnie warto bo potworki tworzone przez soft wbudowany w aparat czy telefon najczęściej nie mają szans z dobrze wyedytowanym ujęciem szerokokątnym. Tym bardziej w tyle zostaje zdjęcie w formacie 16:9 lub 4:3. To już prawie techniczna prehistoria ;).

Ambitnym i wytrwałym życzę powodzenia :).


P.S. A walecznym i nieustępliwym polecam wyższą szkołę jazdy - darmowy ale rozbudowany program Hugin. Już zdążyłem go zainstalować i odinstalować. Pała siada od ogromu opcji w tym sofcie. Z tym, że mając łeb jak sklep można nim stworzyć arcydzieło takie jak to np. - >kliknij<

"Speedway, moja miłość" cz. 1


W tym sporcie rządzą dziwne zasady. Pojedynczy wyścig trwa tylko ok. minuty, skręca się jedynie w lewo, gnając motocyklem bez hamulców na pełnej "piździe" przez cztery okrążenia toru. Prędkość na prostej mającej nie więcej niż 100m wynosi ok. 100 km/h... a potem nawrót o 180 stopni!
Nie użyczysz w tej maszynie także skrzyni biegów i nie pojedziesz jak nie zalejesz jej paliwem stosowanym w lotnictwie czyli czystym metanolem.
Prawdziwą sztuką i majstersztykiem jakim muszą się wykazać zawodnicy jest dobór sprzętu oraz jego konfiguracja do nawierzchni i warunków panujących w danej chwili kiedy mają wyjechać na tor. Można by o tym napisać grubą księgę, ja postaram się wyszperać w necie co ciekawsze rzeczy i zbić to w całość... już niedługo :)

To jest zajęcie tylko dla wybranych, ludzi hybryd - pół byków, pół robotów. Najlepsi zarabiają więcej od prezydenta ale ryzykują życiem. Podlinkowany film pokazuje całą słodycz żużla, choć dla wtajemniczonych znanym faktem jest, że przeplata się ona z bólem... ale o tym w następnych odcinkach serii "Speedway, moja miłość."